Syndrom drugiej płyty? – Małpa „Mówi”

Okładka Małpa "Mówi"

Okładka Małpa „Mówi””Mówi”

Siedem lat, szmat czasu. Tyle właśnie musieliśmy czekać na to, by Małpa ponownie przemówił, wydając swoją drugą płytę. I jeżeli zgadzać się z łacińskim silentium est aureum, to właśnie wtedy, gdy owocem milczenia stają się projekty tego pokroju.

Początek 2010 roku: czternastolatek z kilkoma banknotami w kieszeni wyrusza do najbliższego, oddalonego o 30 kilometrów od niewielkiej, rodzinnej miejscowości, dużego miasta. Gdyby było trzeba, nadłożyłby jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Dziś wysłałby pewnie przelew. Na szczęście po nieoficjalny, rozchodzący się jeszcze drogą pantoflową, debiut Małpy pt. „Kilka numerów o czymś” wystarczy wtedy pojechać do Gdyni . To łącznie raptem kilka godzin fatygi. Czas to pieniądz, ale świadomość posiadania fizycznej płyty tamtego gościa jest dla młokosa zakochującego się w hip-hopie cenniejsza. A właściwie bezcenna. Wielu musiało myśleć podobnie. Niecodziennie przecież, a właściwie nigdy wcześniej i później, podziemne albumy w Polsce nie osiągnęły statusu złotej płyty.

To była szczególna rewolucja. I jeśli mielibyśmy trochę prowokacyjnie mówić o tzw. „syndromie drugiej płyty”, to albo z sentymentu, albo właśnie dlatego, że z następnym albumem torunianina związano nadzieje na kolejny przewrót. W dodatku: mijające lata i rzucane raz na jakiś czas gościnne zwrotki tylko zwiększały apetyt fanów. Sęk w tym, że „Mówi” raczej nie wstrząśnie posadami polskiej sceny hip-hopowej. Krążek nie definiuje na nowo rapu, opiera się w większości o znane, momentami wręcz zgrane („Nie byłoby mnie”) patenty, nie odświeża konwencji tak jak poprzedniczka, jednocześnie będąc od niej mniej przebojowym. Porównywanie obu projektów w takich kategoriach jest jednak nieuzasadnione. Tym bardziej, że Małpa nie tylko doskonale o tym wie, ale też, kawałek po kawałku, wers za wersem, daje nam dowody imponującego rozwoju. To jest najbardziej istotne i pod tym względem legalny debiut jest wydawnictwem, tak jak sam autor, z krwi i kości.

Łukasz nie składa już tłustego, barwnie osamplowanego hołdu złotym latom 90. zza wielkiej wody. Nie oznacza to jednak, że wywraca swój styl do góry nogami. Z jednej strony stąpa po tradycyjnych dla siebie, klasycznie hip-hopowych terenach, a z drugiej, w granicach rozsądku, dąży ku unowocześnieniu brzmienia na płycie. Mocne bębny, głębokie basy, tempo oscylujące przeważnie w okolicach 80 BPM, typowe pianino czy dęciaki i chwytliwe motywy przeplatają się więc z chłodem syntezatorów i miejscami niestandardowo położoną perkusją. W tym wszystkim Małpa, deklarując, że jest najgorszym koszmarem producentów, potrafi wycisnąć z nich całą esencję. Niech nie zwiedzie was patetyczny, niebezpiecznie ckliwy bit z „Paraboli”. To mało satysfakcjonujący wyjątek. Stona w „Lego” dawkuje napięcie, podsycając je charakterystycznymi chórkami i tworzy klimat rodem z „Glory” Jaya Z, by za chwilę, w firmowy dla siebie sposób, minimalizm „Po sygnale” ubarwić smyczkami i dźwiękami przywodzącymi na myśl 8 bitowe motywy. The Returners w „808”, „Próby, błędy”, „Satelitach” otrząsają się ze schematów, do których zdążyli nas przyzwyczaić choćby u Dioxa, jakby wychodząc ze swojej strefy komfortu. Donatan wznosi się na swoje wyżyny, nie uciekając od abstrakcyjnego przepychu. A agresywnie gitarowy podkład do „Mołotowa” autostwa GPD pokazuje, jak powinny brzmieć tego typu produkcje na albumach rodzimych raperów.

Najwięcej emocji (to one są zresztą kluczowy składnikiem całości) gwarantuje nam jednak sam Małpa. Ten – nie tylko strofowany przez sędziego w „Wysoki sądzie”, ale przez cały materiał w ogóle – balansuje na granicy dwóch światów. Wewnętrznie rozdzierany łatwo wpada w szał. Szarżując po bitach, krzyczy, warczy i charczy jak chyba nigdy wcześniej, a w tym wszystkim zachowuje paradoksalny spokój; jak saper na polu minowym, czy kierowca rajdowy, który musi kontrolować się podczas najtrudniejszych manewrów. Poukładany piętrzy gęsto upchane, wielokrotne rymy, malując niejednoznaczny autoportret chorego na perfekcjonizm samotnika, antysystemowego buntownika i gościa, który we wszystkich swych sprzecznościach chce „żyć wygodnie, lekko, łatwo i przyjemnie”, ale „chuj kogo obchodzi, że dzieci chodzą spać głodne”, a to nie daje mu psychicznego komfortu. Przez te wszystkie lata znacząco dojrzał, co da się odczuć.

Odnoszę wrażenie, że „Mówi” nie została nagrana z myślą o fanach „KNOC” czy przyszłych, potencjalnych odbiorcach. Druga płyta brzmi tak, jakby Małpa adresował ją poniekąd do siebie samego. Jest dzięki temu bardziej dobitna, co nie przeszkadza emocjonalnemu uniwersalizmowi. Oby tylko torunianin odblokował się twórczo. Nawet jeśli raper nie porwie za sobą słuchaczy tak mocno, jak tego czternastolatka sprzed sześciu lat, album bez wątpienia mu się udał. Ponowne, tak długie czekanie na kolejny ruch byłoby stratą dla środowiska.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *