Dajcie nam być sobą. O społeczności LGBT+ na studiach i poza nimi
11 min przeczytania
Fot. Unsplash / autor: Marek Studzinski
Gdy myślimy o społeczności LGBT+ często automatycznie kojarzymy ją z marszami, flagami lub określonymi poglądami. Możemy się z nimi zgadzać lub nie, ale jedno pozostaje niezmienne: to wciąż ludzie. Zmagają się jednak nie tylko z szarą rzeczywistością, lecz także z niewidzialnymi ciężarami, których większość z nas nigdy nie doświadczy. Czy zdajemy sobie sprawę, co naprawdę muszą pokonać, by po prostu być sobą? Posłuchajmy tych, dla których to nie teoria, a zwykła codzienność.
Bez imienia
Hej, mam na imię Emilian. Studiuję sztukę kreatywnego pisania i zajmuję się też różnymi dodatkowymi projektami, np. recenzuję książki.
Wchodząc na Twoje konta w mediach społecznościowych, można zobaczyć treści kierowane do określonych odbiorców. Zresztą nawet teraz masz charakterystyczne przypinki na torbie (okrągła przypinka z tęczą oraz plasterek z tęczą). Co znaczy dla Ciebie być członkiem społeczności LGBT+?
Przede wszystkim rozgraniczyłbym kwestię bycia osobą LGBT+ i osobą queerową, bo dla mnie to są dwie różne pojęcia. Bycie osobą LGBT+ wiąże się z przynależnością do mniejszości seksualnej lub płciowej, np. z byciem osobą transpłciową, homoseksualną czy aseksualną. W naszym monogamicznym społeczeństwie dotyczy to również osób poliamorycznych. Jeżeli chodzi o kwestię bycia osobą queerową, to wchodzimy w aspekt swego rodzaju subkultury. Nie opartej na muzyce czy zainteresowaniach, a na tworzeniu wspólnej kultury wynikającej z bycia w jakiś sposób wykluczonym i potrzeby tworzenia wspólnoty.
Ze społecznością kojarzone są marsze i spotkania, które są odpowiedzią na zapotrzebowanie wspólnoty. Nie uważasz jednak, że trochę trzeba być w świetle reflektorów, by coś zmienić w szerszej świadomości?
Raczej nie, choć wiele zależy od tego, w jaki sposób chce się działać i zmieniać świat. Chociażby taki marsz trzeba zorganizować. Ja np. należę do stowarzyszenia, które w moim rodzinnym mieście organizuje takie marsze. Głównie są to osoby, których często nie widzisz, skupiające się na kolektywnym działaniu. Czasem łatwiej jest ludziom z zewnątrz posłuchać tego, kogo lubią lub znają, niż kogoś popularnego, kto może wzbudzać wątpliwości.
Na Toruńskim Marszu Równości we wrześniu 2024 r. powiedziałeś, że „osoby transpłciowe nie mają wiele młodości”. Było to związane z drogą, którą te osoby zmuszone są przejść, by czuć się dobrze. Czy uważasz, że coś się od tego czasu zmieniło?
Absolutnie nie. Kwestia tego, że nie trzeba już pozywać swoich rodziców, jeśli się chce zmienić płeć w dokumentach, została nareszcie rozwiązana. To było uwłaczające, ale to tylko wisienka na torcie wszystkich utrudnień, jakie stoją przed osobą transpłciową. Od zmiany imienia, aż po przekonywanie wszystkich, kim jesteś. Musisz trochę szybciej dorosnąć, by ludzie zaczęli brać cię na poważnie. Dla mnie ważnym doświadczeniem było to, że zacząłem mówić głośno o byciu osobą queer w wieku 15 lat. Słuchałem tego, że takie osoby to pedofile, ale przecież nie byłem pedofilem, tylko dzieckiem. To właśnie ja byłem tym, kogo staraliście się chronić. Osoby queerowe od dzieciństwa słuchają o tym, że są zboczone, że Bóg ich nie kocha, że okłamują wszystkich. Trudno jest mieć dzieciństwo, jeżeli nie możesz mieć własnej tożsamości.
Przejdźmy teraz do tematu studiów. Jak reaguje na Ciebie społeczność akademicka? Chodzi mi tutaj zarówno o wykładowców, jak i studentów.
Różnie, ale zazwyczaj pozytywnie. Na początku obawiałem się tego, jak będzie. Bałem się, że jak się dowiedzą o mojej transpłciowości, to nie będą mnie tu chcieli. Pierwszego dnia zajęć wybrano mnie na starostę. Musiałem pójść do opiekuna kierunku, by wymienić kontakty i padło pytanie: „Jak mogę cię znaleźć na Facebooku?”. Lekko zmieszany odpowiedziałem: „Emilian”. To było bardzo pozytywne doświadczenie, bo opiekun od razu skreślił grubą krechą to wcześniejsze imię i powiedział: „Dobrze, to jak się do pana zwracać?”. Pierwszy raz doświadczyłem takiego zrozumienia od kogoś, kto ma dla mnie szczególny autorytet. Większość osób z kadry stanowi grupę sympatycznych, akceptujących i pomocnych ludzi. Czasem zdarzają się pomyłki, zwłaszcza na początku, ale nie mogę mieć im tego za złe. Niektórzy byli nawet zdziwieni, że nie zmieniłem imienia w systemie, ale ja nie za bardzo wiem jak. Słyszałem, że komuś udało się uzyskać nakładkę, oraz że działa tutaj osoba do spraw LGBT+, ale nie jestem pewien, do kogo mógłbym się zwrócić.
Wspomniałeś o zmianie imienia. Dotyczy to również dokumentów, w których przez jakiś czas figuruje jeszcze to stare. Jak właściwie rozumiesz takie zjawisko?
Cóż, istnieje takie pojęcie jak „deadname”. To imię nadane przy urodzeniu, z którym się funkcjonowało, ale po pierwsze już się z nim nie utożsamia, a po drugie, i co bardziej istotne, często jest ono używane jako element przemocy lub szantażu wobec osób transpłciowych. Także dla wielu nie jest to tylko dawne imię, lecz także element zagrożenia. Nadanie sobie nowego imienia, czy używanie innych form starego, to zazwyczaj pierwszy krok na drodze ku tranzycji. Dla wielu osób to moment zaakceptowania tego, kim się jest. Oczywiście nie dla każdego użycie deadname’u będzie elementem przemocy. Są tacy, których w ogóle to nie dotyka. Ludzie są różni i każdy ma nieco inne doświadczenie, o czym zawsze należy pamiętać.
A kiedy ty zdałeś sobie sprawę, że nie czujesz powiązania ze swoim deadname’em? Jak to na Ciebie wpłynęło?
Przeszedłem cały proces „zdawania sobie sprawy”, który jest dość częsty wśród osób transpłciowych, zwłaszcza tych z pokolenia Z. Kilka lat rozmyślania, jak by to było urodzić się jako przeciwna płeć, obudzić się i być kimś innym, ale nie jako trans. To jest też związane ze sposobem prezentowania osób transpłciowych. Przedstawiano ich zazwyczaj jako nieatrakcyjnych mężczyzn w sukienkach i to był wtedy jedyny obraz osoby transpłciowej, jaki pokazywały media. Dlatego młodym ludziom, w tym mi, trudno było poradzić się z wizją, że możemy być osobami trans. Więc najpierw musiałem uświadomić sobie, że to, kim jestem i co czuję, nie jest złe. I dopiero potem mogłem zastanawiać się nad imieniem. Przez ponad rok byłem tak jakby bez imienia. Wybrałem je dopiero podczas sesji papierowej gry RPG. Tak spodobało mi się imię, którym zwracali się do mnie inni gracze, że postanowiłem je wybrać.
Czy od tego czasu, jak już zyskałeś imię, dużo się zmieniło?
Trochę. Przede wszystkim je zmieniłem. Pierwszą wersją był Emil, teraz jest Emilian. To była dla mnie ważna zmiana. Wydaje mi się, że moje podejście do kwestii imion jako społecznego zjawiska też trochę się zmieniło. Osoby transpłciowe często bardziej zgłębiają znaczenie swego imienia, ponieważ chcą wybrać takie, które im się spodoba i będzie ich w jakiś sposób definiować.
Zdarza Ci się być zaczepionym na uczelni, na ulicy lub w internecie z powodu przynależności do społeczności LGBT+?
Najczęściej zdarza się na ulicy. Byłem obrzucony kamieniami albo owocami. Zdarzyło się też, że gdy byłem jeszcze z moją byłą partnerką, zatrzymał się samochód i kierowca ze środka rzucał obrzydliwymi tekstami. Kiedy ludzie słyszą, że jestem aseksualny, to mówią, że mogą mnie naprawić i zrobić to, czy tamto. Zdarzyło się, że krzyczeli na mnie na ulicy za to, jak wyglądam. A w internecie ludzie albo poprawiają moje zaimki, albo coś piszą, ale nie traktuję tego na poważnie, raczej się z tego śmieję.
Dosyć często w internecie zobaczyć można zbiórki na tranzycję. Czy uważasz, że rodzina lub przyjaciele wspierają osoby zakładające takie zbiórki?
Wiele osób queerowych ma problem ze zbieraniem pieniędzy. Nie są pewni, czy na to zasługują. Miałem podobnie, bo zawsze gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, że są osoby, które potrzebują tych pieniędzy bardziej. Jeśli chodzi o wsparcie finansowe, sam przekazałem część pozostałych mi pieniędzy kilku znajomym.
Uczestniczyłeś w wystawie Diagnoza: Kobieta, gdzie wykonywałeś performance: Nie masz pojęcia, jaką masz nade mną władzę. Jakie emocje towarzyszyły Ci podczas tego występu?
Nie tyle emocje, ile raczej myśli – demony. Jestem, jako osoba transpłciowa, na wystawie o kobiecości. Cały czas zadawałem sobie pytanie, czy nie zabieram komuś miejsca. Ostatecznie jednak wiedziałem, że uczestniczyć mogła każda osoba trans, niebinarna; każdy, kto doświadczał czegoś z kobiecością, więc pasowałem tam jak najbardziej.
A czy spotkałeś się ze zjawiskiem ostracyzmu wśród osób wewnątrz grupy LGBT+?
Tak, jak najbardziej. Jest dużo takich wojenek, kto jest LGBT+, a kto nie jest. Niektórzy uważają, że osoby aseksualne nie powinny należeć do społeczności, ponieważ prawo ich nie krzywdzi. Tymczasem takie rozumowanie pomija niektóre doświadczenia. W samej grupie są osoby, które potrafią wyśmiewać innych członków i zdradzać ich sekrety, a to daje tylko pożywkę radykałom, którzy mają kolejny pretekst do pokazania na nas palcem.

Czy uważasz, że ludzie mają za małą świadomość na temat LGBT+?
Wydaje mi się, że raczej większym problemem jest brak wrażliwości niż brak świadomości, ale może to jest powiązane ze sobą.
A co jest dla Ciebie brakiem wrażliwości?
Zakopywać się we własnych stereotypach. Zamiast tego powinniśmy raczej słuchać tych, którzy mówią za siebie. Warto jest przestać postrzegać osoby LGBT+ przez własne założenia i patrzeć na nich jak na ludzi. To jest raczej oczywiste, a jednak tak często się o tym zapomina.
Pod otwartym parasolem
Forma zapisu zaimków z użyciem „x” jest przyjęta przeze mnie w celu wskazania na neutralność płciową oraz okazanie szacunku. Zostałem o to poproszony, ponieważ taki zapis w pełni oddaje sposób, w jaki postrzega się osoba, z którą rozmawiam.
Jestem Miszka. Byłxm na filologii polskiej. Wybrałxm ten kierunek, bo interesuje mnie język polski i lubię czytać książki. Samx też piszę teksty i chciałxbym pracować w przyszłości w wydawnictwie.
Jak się czujesz na studiach?
Czuję się w porządku, choć bywają chwile lepsze i gorsze. Wszystko zależy od dnia i semestru, a także od zajęć, bo każde cechują się całkowicie inną atmosferą. Trochę żałuję, że moje pierwsze lata dorosłości mijają w ten sposób, ale brakuje mi pomysłów, jak mogę to zmienić lub poradzić sobie z pewnymi sytuacjami.
Czy uważasz, że ludzie postrzegają Cię przez pryzmat bycia członkiem LGBT+?
Trochę tak, chociaż nie jest to pierwsze, na co zwracają uwagę. Myślę, że bardziej postrzegają mnie przez moje specyficzne zachowanie, niż przez przynależność do społeczności LGBT+. Zazwyczaj, gdy ludzie dowiadują się o tym, że jestem osobą genderfluid, ignorują ten fakt i ich podejście zazwyczaj się nie zmienia.
Genderfluid?
To znaczy, że moja tożsamość płciowa nie jest stała, tylko podlega zmianom w czasie.
Czym dla Ciebie jest bycie członkiem społeczności LGBT+?
Dla mnie oznacza to identyfikowanie się z typem społeczności mniejszościowej, która dzięki swojej działalności obejmującej możliwość wyrażania siebie i troskę o dobrostan człowieka, zdziałała wiele dobrego. Nie postrzegam LGBT+ jako ciasnej, zamkniętej i pełnej stereotypów grupy, ponieważ taką nie jest. To raczej coś na kształt otwartego parasola, który stara się łączyć ludzi pragnących swobodnie wyrażać siebie i swoją indywidualność. Bezsensowne jest sztywne stawianie granic i odpowiednie „wkładanie się w szufladki”, więc ogólny termin LGBT+ (kładąc nacisk na końcowy +) jest idealny, aby zwyczajnie zaspokoić ludzką potrzebę poczucia przynależności.
Gdy rozpoczynałxś studia, to obawiałxś się reakcji nowych znajomych z grupy na to, kim jesteś?
Szczerze? Nie miałxm obaw związanych z tym, że reakcja grupy będzie dramatyczna. Raczej szxłxm na studia z myślą, że najpierw dam sobie czas na to, aby nieco „wyczuć teren”, a później, jeśli sytuacja będzie pozytywna, dokonać coming outu (ujawnić swoją tożsamość płciową, bądź orientację).
Czy spotkałxś się ze zjawiskiem ostracyzmu wśród ludzi ze społeczności LGBT+?
Niestety tak. W przeszłości, kiedy jeszcze w pełni nie wiedziałxm, kim jestem i jak się ze sobą czuję. Identyfikowałxm się wtedy jako biseksualna kobieta i przez krótki czas byłxm w związku z mężczyzną. Dostawałxm często od niego kąśliwe uwagi o tym, że tak naprawdę nie podobają mi się kobiety i określam się jako „biseksualistka”, ponieważ to jest modne. Miałxm wtedy 15/16 lat i dopiero wchodziłxm w fazę głębszego odkrywania swojej tożsamości.
Jest to okres, w którym wiele osób szuka swojego „ja”. Zastanawiają się, kim są i co ich definiuje. Powiedz, co rozumiesz przez pojęcie „deadname”, które dość często pojawia się podczas odkrywania siebie?
Deadname to imię, które niewystarczająco dobrze określa daną osobę. Zostało ono nadane, a właściwie narzucone. Taka osoba nie miała możliwości wpływu na jego wybór, czy kształt. Odrzuca się je z ważnego powodu. Uważam, że imię jest sporą częścią naszej indywidualnej tożsamości i warto posługiwać się takim, które komuś się podoba i do niego pasuje.
A pracodawcy zwracają uwagę na Twoją przynależność do społeczności LGBT+?
Nie. Moi pracodawcy całkowicie to zaakceptowali, nie dostawałxm żadnych dziwnych pytań, ani nie doświadczyłxm żadnych nieprzyjemności z tego tytułu.
Myślisz, że ludzie mają za małą świadomość i wiedzę na poruszany przez nas temat?
Społeczeństwo jest z tym dość obyte i świadome. Ma to zarówno swoje zalety, jak i wady. Sądzę, że nawet te wady są takimi malutkimi zaletami. Póki poruszamy ten temat, ludzie będą zdobywać informacje, co przyczyni się do wzrostu ogólnej świadomości. Oczywiście od danej osoby zależy, czy zaufa faktom, czy wpadnie w wir mowy nienawiści.
Czy jest coś, co chcesz przekazać ludziom w związku z naszą rozmową?
Przez długi czas przekonywałxm innych, że osoby LGBT+ to ludzie tacy jak wszyscy: przyjaciele, sąsiedzi, nauczyciele, lekarze, sprzedawcy i tak dalej. Często jednak była to walka z wiatrakami. Ci ludzie byli, są i będą w społeczeństwie i nie jest to żaden wybryk natury ani szatańska ideologia. Pozwólmy innym wyrażać siebie, bo monitorowanie czyjegoś życia i prześwietlanie jego tożsamości to sprawa dla detektywa lub służb w odpowiedniej sytuacji, a nie drugiego człowieka.
Być człowiekiem
To tylko kilka spośród wielu osób, które w pośpiechu mijamy na ulicy, w sklepie czy na studiach. Rzadko zastanawiamy się, ile wysiłku kosztuje je po prostu bycie sobą. Nie znamy ich historii, ale mamy wpływ na to, czy ich życie stanie się łatwiejsze, czy trudniejsze. Nie musimy przecież rozumieć wszystkiego, by okazać szacunek. Wystarczy nie odbierać nikomu prawa do istnienia na własnych zasadach. Jak napisała Anna Ficner-Ogonowska: „Żyj i daj żyć innym”. To naprawdę wystarczy na sam początek.
