Przegląd wydarzeń w NBA #4: dzieje się!

Grafika pokazująca LaMelo Balla

https://www.instagram.com/p/Cz69wdnP4In/?igshid=MzRlODBiNWFlZA%3D%3D/ – autor: inastagram.com/barbwiretape

Miniony tydzień w NBA dostarczył sporo emocji. Dużo działo się zarówno na parkiecie, jak i poza nim. Najlepsza koszykarska liga świata zwyczajowo dostarczyła całą masę tematów, nad którymi warto się pochylić. Nie zabrakło, jak zwykle zresztą, niespodzianek oraz rozczarowań. Mamy także pierwszy skandal obyczajowy sezonu. Dzisiejsze menu jest zatem wyjątkowo bogate.

Hot: Orlando Magic

Magic po cichu, w zasadzie niezauważeni, stali się czarnym koniem bieżącego sezonu NBA. Kończyli ze zwycięstwem ostatnie 7 meczów, wspinając się na 4. miejsce w Konferencji Wschodniej. Kiedy pojawili się w mojej zapowiedzi sezonu, nie spodziewałem się, że już teraz staną się tak dobrzy. Jak widać, wyprowadzają z błędu nawet największych niedowiarków.

To dopiero 1/5 kampanii, więc nie ma sensu przedstawianie Orlando jako wspaniałego zespołu idącego po mistrzostwo. Można jednak pokusić się o stwierdzenie, że powinni dostać się do Playoffów, nawet jeśli po drodze nieco obniżą loty. Podstawa ich sukcesu leży w defensywie. Są na 2. miejscu pod względem przejmowanych piłek na mecz, zaliczają przy tym niewielką ilość strat. Ich obrona zaczyna się w zasadzie już pod atakowaną obręczą, gdzie dzielnie walczą o zbiórki ofensywne. W rezultacie nie muszą bronić dużej ilości kontr.

Taki styl gry wymaga posiadania odpowiedniego rosteru. Paolo Banchero, Franz Wagner, Cole Anthony i Jalen Suggs są odpowiednio wszechstronni, a z ławki pomaga im chociażby Jonathan Isaac, któremu udało się wrócić do solidnej formy po 2 latach przerwy. To wciąż młoda drużyna, ale już teraz widać, że coach Mosley potrafi zadbać o jej zbalansowanie. Na chwilę obecną wydaje się, że tylko kataklizm mógłby pozbawić ich występu w postseason.

Flop: Anthony Davis

Od zdobycia mistrzostwa w 2020 roku Lakers mają niezmiennie jeden poważny problem: forma Anthony’ego Davisa. I nie chodzi tu o to, że były gracz New Orleans Pelicans nie potrafi już wskoczyć na wysoki poziom. Co innego z utrzymaniem formy. Nigdy nie wiadomo, która wersja gracza noszącego numer 23 na plecach wyjdzie akurat na boisko. Owszem, po drodze przydarzyło się wiele kontuzji, ale w ostatnim czasie Davis jest zdrowy. Mimo to wciąż nie może złapać rytmu, który tak bardzo przybliżył drużynę z Miasta Aniołów do tytułu w The Bubble.

Jego ostatnie 5 występów to kolejno: 27, 26, 10, 32 i 17 punktów. Widać wyraźnie, że AD nie jest w stanie utrzymać się na fali wznoszącej na dłużej. Doskonale formę Anthony’ego odzwierciedla bilans Jeziorowców – 10 zwycięstw i 8 porażek. W momencie kiedy podkoszowy zalicza udane spotkanie, najczęściej kończy się ono zwycięstwem jego zespołu. Przy gorszym dniu Davisa można w ciemno obstawiać porażkę. Biorąc pod uwagę jego częste problemy zdrowotne oraz wiekowość LeBrona Jamesa, trudno wyobrazić sobie, by Lakers zdołali ustabilizować poziom do czasu Playoffów.

Po zeszłorocznym Finale Konferencji apetyty były ogromne. Okazuje się jednak, że aby wygrywać, potrzeba świetnej formy obu liderów zespołu. Czasy, gdy James w pojedynkę ciągnął swoje zespoły, minęły bezpowrotnie. Teraz Król potrzebuje większego wsparcia, do czego naturalnie nasuwa się kandydatura Davisa. Jeśli ten nie odnajdzie swojej optymalnej formy, Lakers nie będą kandydatem do mistrzostwa i stracą kolejny sezon prime’u Anthony’ego. Na szczęście dla Jeziorowców, mają jeden z głębszych (licząc, że wszyscy będą zdrowi) składów w NBA, a jego ważną częścią jest…

Hot: Austin Reaves

Młody guard był dla Lakers pocieszeniem po stracie Alexa Caruso. Z czasem nawet wygląda na to, że przerósł swojego poprzednika. Błyszczał w minionych Playoffach, biorąc na swoje barki sporą odpowiedzialność i trafiając ważne rzuty. Początek tego sezonu nie był jednak łaskawy dla Reavesa, który dostał miejsce w pierwszej piątce. Darvin Ham postanowił wtedy, że Hillbilly Kobe (przydomek z czasów gry w liceum) będzie zaczynał mecze na ławce. Ta decyzja praktycznie z miejsca zaczęła przynosić owoce.

HBK nie tylko podniósł swoje statystyki punktowe do prawie 14 oczek na mecz, ale też znowu przejmuje końcówki meczów. Przykład? Starcie z Cleveland. Reaves miał w tym meczu 10 asyst. Najważniejszą z nich zaliczył przy stanie 113-112 dla Lakers, kiedy po zmyleniu obrońcy podał do wchodzącego LeBrona, który podwyższył prowadzenie. Współpraca pomiędzy nimi układa się fantastycznie i trudno sobie wyobrazić crunch time Jeziorowców bez nich. Austin, mimo młodego wieku, znakomicie czyta grę i pokazuje wysokie boiskowe IQ w ogromnej ilości akcji.

Kiedy Król potrzebuje oddechu, młody gracz zastępuje go w dystrybuowaniu piłki. Dokłada do tego lwie serce w obronie, co wielokrotnie kończy się przechwytem i szybką kontrą. Przyjemnie jest patrzeć na zawodników, którzy co sezon rozwijają swoją grę, a to właśnie cechuje Reavesa. W tym roku rozdaje więcej asyst i częściej przejmuje podania przeciwników. Wciąż ma wiele do poprawy, ale widać po nim, że towarzystwo LeBrona bardzo mu służy. Austin będzie ważnym elementem drużyny, jeśli Lakers powalczą o tytuł NBA.

Flop: Atlanta Hawks

A miało być tak pięknie! Hawks wchodzili w nowy sezon ze sporymi nadziejami. Quin Snyder miał poukładać ich grę, uwolnić Trae Younga spod kurateli obrońców i zadbać o defensywę. Cóż, łatwo powiedzieć, ale trudniej zrobić. Atlanta ma 6. najgorszą obronę w lidze pod względem Defensive Rating, a Trae zdobywa najmniej oczek na mecz od prawie 3 lat. W tabeli, gdzie zespół z Georgii zajmuje 10. lokatę, również nie jest kolorowo.

Trudno powiedzieć, co tak właściwie powoduje taką klapę. Hawks nie przeszli przecież rewolucji kadrowej ani nie słyszy się o konfliktach wewnątrz ich szatni. To ciągłość personalna pozwalała spodziewać się poprawy wyników zespołu. Tymczasem na parkiecie panuje zupełny chaos, a niektórzy wyglądają, jakby nie do końca rozumieli, co mają robić. W żadnym wypadku nie da się powiedzieć, że Atlanta wygląda na poukładany team, a tym bardziej taki, który napisze historię w postseason.

Wspomniany Young oraz Dejounte Murray nie starają się wziąć większej odpowiedzialności za grę zespołu, a przy okazji dołują statystycznie. Jedynym, co jeszcze pozwala wierzyć w Hawks, jest ich atak, który na ten moment jest 3. najlepszym w NBA (Offensive Rating). Spora w tym zasługa rzutów wolnych, których oddają prawie 26 na mecz. Atlanta w ogóle oddaje bardzo dużo rzutów. Gdyby byli bardziej zdyscyplinowani, przełożyłoby się to na lepsze pozycje do ich oddawania, ale póki co do tego daleko. Jeśli dalej będzie to wyglądało tak słabo, może nastąpić demontaż tego rosteru.

Hot: LaMelo Ball

Świetni zawodnicy w słabszych zespołach mają w sobie coś urzekającego. Muszą ciężej pracować na uwagę mediów i nie mają wielkich perspektyw na Playoffy. W związku z tym często (napisałbym zawsze, ale Jordan Poole przeczy tej tezie) dają z siebie dużo więcej niż ich koledzy z drużyn, które szykują się do rozgrywek postseason. Kimś takim w tym sezonie jest LaMelo – pokazuje, że z lepszą kadrą mógłby być w szerokiej konwersacji o tym, kto powinien zostać MVP.

W 4 z ostatnich 5 meczów Ball notował ponad 30 punktów, dołożył do tego ponad 8 asyst. Ostygł dopiero w ostatnim spotkaniu z Magic, którym udało się go zatrzymać na 9 oczkach i 2 asystach. Można jednak założyć, że to tylko wypadek przy pracy. Najmłodszy z trójki braci Ball zalicza prawdopodobnie najlepsze rozgrywki w swojej karierze w NBA. Przy 24,7 PPG, co stanowi jego rekord, potrafi utrzymać wysokie statystyki zbiórek i końcowych podań. Gdyby tylko miał wokół siebie lepszych partnerów…

W Charlotte, którzy zajmują 12. miejsce w tabeli, może liczyć głównie na Milesa Bridgesa i Brandona Millera. Zwłaszcza współpraca z pierwszym z tych graczy służy LaMelo, który uwielbia obsługiwać go efektownymi lobami. Z chęcią zobaczyłbym Balla w lepiej zarządzanej drużynie. Tam miałby szansę w końcu powalczyć o wysokie cele. Hornets nie są w stanie zapewnić mu ciągłości i transferów gwiazd, które w dzisiejszej lidze muszą łączyć siły, żeby odnosić zwycięstwa.

Flop: Josh Giddey

Wyobraźmy sobie pewną sytuację. Jesteś młodym, aspirującym koszykarzem NBA. Zarabiasz kilka razy więcej niż inne osoby w twojej grupie wiekowej. W każdym meczu aż kipi od ciebie talent, a twoje zagrania ozdabiają czołówki kompilacji Best of. I nagle, wiedziony jedynie pierwotnym instynktem, postanawiasz przespać się z nastolatką, której nie zapytałeś o wiek. W dodatku według prawa stanowego złamałeś prawo.

Tak mniej więcej wygląda krótka historia “wyczynu” Josha Giddeya. Owszem, nie znamy wszystkich szczegółów. Andrew Bogut stwierdził nawet, że Giddey został wykorzystany. Nie wiadomo bowiem, ile lat miała dziewczyna, która uległa urokowi rozgrywającego Oklahoma City Thunder. Bogut pokusił się o tezę, że okłamała zawodnika, nie mówiąc mu ile ma lat. Z tej perspektywy można stwierdzić, że Josh jest ofiarą, ponieważ chciał spędzić miło czas. A że akurat spotkał życzliwą duszyczkę, nie myślał za wiele.

Tylko czy, odchodząc od perspektywy prawno-moralnej, można jakkolwiek Giddeyowi współczuć? Jeśli nie miał świadomości, że takie sytuacje mogą poważnie nadszarpnąć wizerunek sportowca, to jedynym, co może budzić litość w tej sytuacji, jest jego głupota. Dlaczego, mimo tak świetnie układającego się życia, pięknie zapowiadającej się kariery, postanowił całkowicie wyłączyć ten bezpiecznik, który u ludzi ma stanowić rozum? Za to, nie znając jeszcze pełnego kontekstu całej sprawy, należy mu się krytyka. W dobie nieustannego kontrolowania zachowań znanych osób nie możesz sobie pozwolić na potknięcia. Popełniasz błąd – przepadasz. Uwielbiam Josha jako gracza i życzę mu, by udowodnił niewinność, ale też, by przy okazji miał nauczkę na całe życie.

Hot: Sacramento Kings

Jeśli ktoś myślał, że zeszły rok w wykonaniu Kings był tylko błędem w Matrixie, musi zweryfikować swoje tezy. Okazuje się, że w Scramento naprawdę powstaje poważny projekt pod wodzą Mike’a Browna. Nie jest wykluczone, że bieżący sezon zakończy się dla nich później niż na pierwszej rundzie. Co więcej, zaliczają egzamin dojrzałości i nie spoczywają na laurach po jednych udanych rozgrywkach, cały czas idą do przodu. Naprawdę trudno nie czuć podziwu wobec tej drużyny.

Ich ostatni mecz z Warriors był kolejnym przykładem na to, że polubili wygrywanie. Goniąc wynik, w końcówce odwrócili losy spotkania na swoją korzyść, wręcz ośmieszając Stepha Curry’ego i spółkę. Byli mistrzowie nie byli w stanie dobrze rozegrać ostatniej akcji, przez co ich najlepszy strzelec oddawał rzut na zwycięstwo z tragicznej pozycji. W dodatku zrobił to, nie podając lepiej ustawionemu Klayowi Thompsonowi. Takie starcia najlepiej obrazują, że Kings potrafią zamieszać w głowie nawet starym wygom NBA, którzy niejedno widzieli. Po raz kolejny w tym sezonie z dachu hali Golden 1 Center wystrzelił fioletowy promień, oznaczający wygraną.

Kings z bilansem 10-6 plasują się na 6. miejscu Zachodu. Mają sporą przewagę nad Lakers, a do Mavericks, łapiących małą zadyszkę po dobrym starcie, tracą tylko jedno zwycięstwo. To samo tyczy się OKC i Phoenix Suns. De’Aaron Fox, Malik Monk i Domantas Sabonis dopiero się rozkręcają, podobnie jak reszta drużyny. Utrzymując wzrost formy na pewno powalczą, by namieszać w swojej konferencji. Wiele będzie zależało od ich zdrowia, ale na ten moment są pewniakiem do Playoffów z perspektywą na coś więcej.

Trzeba przyznać, że jak zawsze NBA nie zawiodła. Dostaliśmy wiele wydarzeń wartych uwagi i wzbudzających emocje. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że sezon dopiero się rozpoczął. Jedyne, czego można sobie życzyć, to żeby nie było już więcej afer podobnych do tej z udziałem Josha Giddeya. Póki co rozgrywki w sezonie 2023/2024 są wyśmienitym koszykarskim show, więc szkoda byłoby, gdyby przeistoczyły się w kolumbijską telenowelę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *