Diabelski Pamiętnik #2: Kocham takie poniedziałki!

Alejandro Garnacho strzela gola przewrotką

Fot. https://www.instagram.com/p/C0HzTV3NRWR/?igshid=MzRlODBiNWFlZA%3D%3D&img_index=1 / autor: instagram.com/garnacho7

W premierowym odcinku Diabelskiego Pamiętnika nie miałem wielu powodów do optymizmu. Tym razem sytuacja jest zgoła odmienna. Manchester United wygrał mecz! Co więcej, dokonał tego bez większych problemów, a spora część zawodników pokazała się z naprawdę dobrej strony. Korzystając z okazji, postanowiłem popełnić kolejny wpis w kajeciku, który dla odmiany wypełni się (w większości) pozytywami.

Ostrzeżenie: Niniejsza rubryka może zawierać w sobie duże pokłady nadziei i optymizmu. Jej przeczytanie grozi bolesnym rozczarowaniem w przyszłości. Przed lekturą skonsultuj ten pomysł z rodziną i bliskimi.

Słychać ptaków śpiew

Drogi Pamiętniczku! Dzisiaj przeżyłem najpiękniejszy poranek w listopadzie. Za oknem zalegał co prawda śnieg, ale zza chmur przebijały się promyki słońca. Powietrze było czyste jak nigdy, a do tego wydawało mi się, że słyszę śpiew tych ptaków, które jeszcze nie odleciały na zimę. Wszystko dlatego, że Manchester United pokonał Everton, chroniąc mnie przed zwiększeniem ryzyka chorób serca. Wiedziałem, że nic nie jest w stanie zepsuć mi tego poniedziałku. Nawet zaliczenie na uczelni nie wydawało się już tak straszne jak wcześniej.

Ach, cóż to był za mecz! Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek coś spodoba mi się w Liverpoolu, ale wczorajszy wieczór zweryfikował moje spojrzenie na to miasto. Kibice na Goodison Park sprzeciwili się karze odjęcia ich drużynie 10 punktów w najlepszy z możliwych sposobów. Przed meczem i w jego 10. minucie pokazali Premier League czerwone kartki. Do tego aż do stanu 0:3 dzielnie wspierali swoich ulubieńców. Momentami zastanawiałem się, czy Viaplay nie pokazuje mi archiwalnego spotkania z lat 90. – taka tam panowała atmosfera!

Do lat 90. musieli się także przenieść piłkarze Czerwonych Diabłów. Jak inaczej tłumaczyć to, co działo się na murawie? Zupełnie niespodziewanie obejrzałem spokojne, pewne zwycięstwo swojego zespołu. Ba, dostaliśmy nawet rzut karny! VAR wprawdzie pokazywał najgorsze możliwe ujęcia faulu Ashleya Younga w polu karnym, ale sędzia John Brooks ostatecznie podyktował jedenastkę. Nic dziwnego, że miałem tak cudny poranek. Jak inaczej może wyglądać przebudzenie po niedzieli cudów?

Gol sezonu

Siadając do oglądania potyczki z Evertonem, spodziewałem się najgorszego. Mecze w Liverpoolu, niezależnie od barw rywala, nigdy nie są łatwe. Taka też była pierwsza połowa. Przeciwnik nacierał, a ja nie mogłem się nadziwić, że ta drużyna jest w dolnej połowie tabeli. Stworzyli sobie mnóstwo okazji, a kiedy Abdoulaye Doucouré dostał podanie na 13. metrze, widziałem już Andre Onanę wyjmującego piłkę z siatki. Być może jakieś tajemnicze siły czuwały nad bramką United, ale fakty są takie, że na przerwę piłkarze schodzili przy prowadzeniu 1:0 United.

Bo widzisz, Pamiętniczku, nie zdradziłem ci najlepszego. W 3 minucie Diogo Dalot dośrodkował piłkę tak jak zwykle, czyli tragicznie. Nie udało mu się jednak zepsuć akcji United, bo Alejandro Garnacho postanowił, że przez najbliższe 15 lat będzie królem wszystkich kompilacji z najładniejszymi golami w historii. Piłkę, która leciała mu za plecy postanowił uderzyć tak jak stary, dobry Wayne Rooney – przewrotką. Udało mu się pokonać Jordana Pickforda i przy okazji zaklepać nagrodę na gola sezonu 2023/2024 w Premier League.

Po przeszło dekadzie bolesnych momentów i rozczarowań, nie wiedziałem nawet jak zareagować. W mojej głowie kotłowały się setki, jeśli nie tysiące różnych emocji, a mój mózg na chwilę się wyłączył. Moje myśli od razu powędrowały do meczu z City sprzed 12 lat. Nie było mi wtedy dane zobaczyć bramki Rooneya na żywo, bo zdążyłem tylko na końcówkę zwycięskich derbów. Tym razem nic mi nie przeszkodziło i mogłem podziwiać z opuszczoną do podłogi szczęką dzieło sztuki młodziutkiego Garnacho. Argentyńczyk niezmiennie mnie zadziwia.

Gwiazdka przyszła wcześniej

Druga połowa już całkiem mnie rozpieściła. Luke Shaw pokazał, że w moim życiu brakowało lewego obrońcy z prawdziwego zdarzenia. Z nim na boisku liczba moich mini-zawałów stopniała niemal do zera. Harry Maguire z każdym kolejnym występem zaczyna przypominać najlepszą wersję siebie. Nawet Bruno Fernandes wraca do formy i rozdaje piękne podania niczym Mikołaj prezenty. Wszyscy wyżej wymienieni panowie dali prawdziwy popis, ale tym, który sprawił, że Gwiazdka przyszła w tym roku wcześniej, był Kobe Mainoo.

Czekałem na jego powrót po kontuzji tak jak nastolatek na 18. urodziny. Podświadomość mówiła mi, że ten chłopak będzie bardzo potrzebny. I, jak to podświadomości mają w zwyczaju, nie myliła się. To, co wyprawiał na boisku, kazało na niego patrzeć nie jak na debiutanta pierwszego składu, lecz raczej weterana dziesięciu kampanii Premier League. Najtrafniej opisał jego występ Gary Neville. Legendarny zawodnik United stwierdził, że Mainoo wyglądał jak zawodnik Manchesteru, ale City. Spokojny z piłką przy nodze, kontrolujący tempo gry i nie tracący futbolówki – wypisz, wymaluj produkt Guardioli.

To dopiero jedno spotkanie, ale z czystym sumieniem stwierdzam, że żaden z pomocników Czerwonych Diabłów nie zagrał w tym sezonie lepszego. Oglądając mecze MU w bieżącej kampanii, myślałem, że gdybym stanął w ich środku pola, wyglądałbym jak John Travolta w Pulp Fiction, kiedy rozglądał się po pustym pomieszczeniu. Kobe zapełnił tę pustkę i przywrócił moją wiarę w ten sezon. Z nim na murawie wygląda to dużo lepiej i kontuzja Masona Mounta może sprawić, że młodzian wygryzie go ze składu.

Łyżka dziegciu w beczce miodu

Nie wszystko jednak jest takie piękne, drogi Pamiętniczku. Łatwe zwycięstwo 3:0 cieszy, ale moje malkontenctwo nie pozwala mi nie wytknąć przynajmniej paru problemów. Przejdę zatem do rzeczy, kontynuując wielowiekową polską tradycję narzekania. Przede wszystkim chodzi mi o Marcusa Rashforda. Kiedy jest w gazie, ręce same zrywają się do oklasków. Problem jest taki, że ostatnio trudno klaskać, ponieważ Rash zawodzi na całej linii. Bardzo chciałbym móc czytać w myślach i zobaczyć, co siedzi w jego głowie. Patrząc na jego grę, obawiam się, że mógł się tam zapuścić Gollum w poszukiwaniu upragnionego Pierścienia.

Nie lepiej sprawy się mają z Anthonym Martialem. Francuz wpisał się na listę strzelców i wywalczył rzut karny, ale poza tym wyróżnił się właściwie tylko najgorszymi skokami pressingowymi w historii piłki nożnej. Jeśli kiedykolwiek powstanie plebiscyt na najbardziej irytujących piłkarzy, z pewnością zajmie całe podium. Patrząc na jego człapanie, ogarnia mnie przemożna chęć na wyrzucenie telewizora przez okno. A przecież ja naprawdę jestem cierpliwy! Czekam na jego przebudzenie już od 8 lat.

Trójkę “wybrańców” uzupełnia w tym tygodniu Scott McTominay. Cieszy mnie niezmiernie, że w ostatnim czasie odnajduje się pod bramkami rywali, ale ta radość wyparowuje, kiedy widzę jego umiejętności panowania nad piłką. Zastanawiam się wtedy, czy problemu wycinki lasów na świecie nie dałoby się rozwiązać, robiąc sadzonki z nóg Szkota. Oprócz tego mam poważne podejrzenia, że on także zaczyna cierpieć na Martialozę. Przeciwko Evertonowi miała miejsce kolejna sytuacja, gdzie po stracie piłki szybciej od niego pod własnym polem karnym znalazł się arbiter. Chapeau bas, Scott! To naprawdę wielki wyczyn.

Nowa nadzieja

Dość tego wytykania błędów. Bądź co bądź United tracą tylko 6 punktów do Arsenalu, czyli lidera ligi. A przecież, jak z radością wytykają media, zaliczają taki fatalny sezon. Fakty przeczą tej narracji. Punktowo ten sezon jest na poziomie ubiegłego, kiedy to wszyscy eksperci zachwycali się projektem Erika Ten Haga. Do tego z każdym meczem ogólna forma drużyny rośnie. Nawet w moim sercu, tak zmielonym przez rozczarowania, zaczyna się zapalać promyczek nadziei, że może nie wszystko jest stracone w tym sezonie.

Przed United 3 mecze, które zadecydują o nastroju, w jakim piłkarze spędzą święta. Galatasaray, Newcastle i Chelsea to nie są rywale, którzy przejdą obok meczu i podarują Czerwonym Diabłom 3 punkty. Ostatnio pisałem, jak zapewne pamiętasz Pamiętniczku, że już niedługo mogę pisać o rozstaniu z Ligą Mistrzów. To może się wydarzyć, jeśli nie pokonamy drużyny ze Stambułu. Czuję jednak, że nie wszystko stracone. Wiadomo, przewidywanie przyszłości jest jak wróżenie z fusów, ale czasami warto zaufać podświadomości.

Chcę wierzyć, że będzie dobrze. Mam szczerą nadzieję, że nasz holenderski geniusz utrze nosa ekspertom i fanom rywali, którzy śpiewali przyśpiewki o jego zwolnieniu. Tak jak Michael Scott, jestem gotów, by zostać znów zranionym. Oby ten moment przyszedł jak najpóźniej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *