12/05/2026

CDN

TWOJA GAZETA STUDENCKA

Prawda jest jedną z niewielu rzeczy, która odróżnia nas od bajkopisarzy. Czym jest dziennikarstwo dla Magdaleny Grzebałkowskiej?

16 min przeczytania
Rozmowa miesiąca - kwiecień

Grafika: Eden Król/fot. Julia Ratajczak

Czym dla dziennikarza jest temat? Skąd wiemy czy dany temat jest dla nas odpowiedni? Na te i wiele innych pytań odpowiedziała Magdalena Grzebałkowska. Osobiste i poruszające historie zarówno z początków dziennikarskiej przygody jak i z perspektywy doświadczonej reporterki. Z gościnią rozmawiali Magdalena Grudzińska i Maxi Niechciał.

Czy zgadza się Pani ze stwierdzeniem, że temat leży na ulicy? Czy jest to jednak największy dziennikarski mit?

Magdalena Grzebałkowska: Leży i nie leży. Bo czasami człowiek idzie ulicą i „zobaczy” temat – oczywiście metaforycznie. Chociaż czasami naprawdę znajduje się kogoś ciekawego dosłownie na ulicy.

Podam konkretny przykład. W latach dziewięćdziesiątych na ulicach Gdańska Głównego pojawiła się pewna pani. Miała wózeczek, pełno psów i wyglądała dosyć dziwnie – ewidentnie była w kryzysie bezdomności. Przeszło koło niej pewnie pięciu innych dziennikarzy i po prostu nie zwrócili na nią uwagi, bo nie interesowały ich takie tematy. A ja wtedy akurat zajmowałam się przede wszystkim tematami społecznymi, więc mnie ta pani zainteresowała i postanowiłam zrobić o niej reportaż. Miała bardzo ciekawą historię, więc tak – ten temat dosłownie stał na ulicy.

Ale to, że mnie coś zainteresowało, nie znaczy, że kogoś innego także zainteresuje. Bardzo ważne dla dziennikarza, jest to, żeby jak najszybciej wyrobił sobie przekonanie albo pogląd na to, co jest tematem dla reportera, a co nie jest. Też trzeba zaznaczyć, że nie każdy temat jest dla każdego.

Na początku, kiedy pracowałam w takiej starożytnej gazecie, gdzie pisaliśmy jeszcze na maszynach – byłam bardzo nieasertywna. Potem byłam w lokalnej gazecie, w dziale reportażu „Gazety Wyborczej”, więc na początku brałam każdy temat, który mi zlecali, bo nie miałam siły, żeby odmówić.

A to była dobra szkoła dziennikarstwa. Bo potem już wiedziałam, który temat nie jest dla mnie. Ale to nie znaczy, że inny reporter nie weźmie tego tematu. Jest taki słynny redaktor Ernest Skalski, który mówił, że dobry reportaż to się wciśnie z nogi od krzesła. Po moim życiowym doświadczeniu stwierdzam, że to jednak jest nieprawda.

Wspomniała Pani o tym, że nauczyła się Pani nie brać tematów, które nie są dla Pani. W takim razie jakie tematy Panią nie interesują?

Odkryłam po tych wszystkich latach – bo pracuję jako dziennikarka od 1986 roku – że lubię robić temat, który jest od szczegółu do ogółu. Czyli na przykład jak pracowałam w Gazecie Wyborczej, to tam był szef dużego formatu (najpierw Małgorzata Szejnert, potem Paweł Goźliński z Mariuszem Szczygłem). Oni dostawali dane, od różnych instytucji czy socjologów, którzy przysyłali swoje wyniki badań.

Kiedyś przyszedł temat o tym, jak wygląda seksualność młodzieży w Polsce w okresie licealnym, kiedy następuje inicjacja, jak to wygląda, jak wyglądają choroby weneryczne itp. To był 2003 rok. Dostałam te badania do ręki i powiedziano mi – zrób reportaż.

Pomyślałam, że to bardzo ciekawy temat – pójdę do młodzieży, porozmawiam, zrobię jakieś testy. I nie wyszło mi to – rozeszło mi się w rękach. Ja lubię konkret. Gdyby to się zaczęło w ten sposób, że spotykam jakąś dziewczynę, która sama chce mi opowiedzieć, co się zdarzyło w jej życiu, wtedy pewnie bym to zrobiła. Jest bohaterka – jest temat. A na koniec na pewno bym dotarła do tych badań.

Miałam też kiedyś temat, który wydałby się genialny, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Jest taka miejscowość Wieruszów i było tam dwóch chłopaków, jeden z Wieruszowa, drugi z Warszawy. Byli w szkole filmowej i robili dokument o pewnej historii z tej miejscowości. Zapytali się mnie, czy nie chciałabym zrobić o tym reportażu do gazety (znaliśmy się już wcześniej).

Więc robimy reportaż o tym, że w Wieruszowie zaginęła dziewczynka i cała wieś się skłóciła. Ktoś obwinia ojca, który jest kierowcą tirów, że na pewno porwał tę dziewczynkę i sprzedał ją gdzieś – jak w filmach (human trafficking). Ktoś inny podejrzewa, że właśnie ci ludzie, którzy obwiniają ojca, są bardzo podejrzani.

Dziewczynka miała jakieś 7 lat, wyszła ze szkoły, szła do ludzi, którzy się nią opiekowali, kiedy matka była w pracy, i zaginęła. Więc jest temat, jest dziewczynka i jest zrozpaczona matka. Matka pracowała jako prasowaczka koszul, więc jeszcze taki fajny szczegół dla reportera – matka prasuje koszule a dziecko znika.

Wiele razy byłam w tej wsi, zbierałam materiały, rozmawiałam z ludźmi, ale dziewczynka się nie znalazła w tym czasie, kiedy ja pisałam reportaż. Ale i tak dałam z siebie wszystko, naprawdę się postarałam, żeby to dobrze napisać. I dostałam odpowiedź od Małgorzaty Szejnert, że tekst, który napisałam nadaje się co najwyżej do Super Expressu – wtedy to było najbardziej obraźliwe, co można było usłyszeć. Tekst oczywiście przepadł, nigdzie nie poszedł.

Dopiero potem się okazało, że jest puenta – tylko ja już o tym nie napisałam. Dziewczynka została zamordowana, zgwałcona i zabita przez syna tych ludzi, u których miała czekać, aż matka wróci z pracy. To był chłopak z niepełnosprawnością intelektualną, miał około 19 lat i po prostu w straszliwy sposób ją zgwałcił i zamordował.  Spalił a właściwie ugotował jej ciało na takim parniku, w którym się gotowało kartofle dla świń, a potem zakopał jej resztki w polu. No i potem psy to znalazły. Straszna historia.

Gdybym poczekała dwa lata i napisała reportaż od punktu wyjścia – że znamy sprawcę – to może byłoby inaczej. Ponieważ ja się domyślam, dlaczego Małgosia mi wtedy powiedziała, że ten reportaż się nie nadaje. Bo wszystko, co pisałam, to były tylko sumy przypuszczeń. A to za mało, żeby powstał z tego dobry reportaż. Czyli jak widać, nie każdy czas nadaje się na dany reportaż.

Jak już udało się pani wydobyć w sobie asertywność, żeby odmawiać pisania danych tematów, to czy zdarzyła się taka sytuacja, że odmówiła pani wykonania jakiegoś tematu i żałowała Pani później, że go nie wzięła?

Nie, nie żałowałam nigdy. Zazdrościłam tylko czasami kolegom, którzy mieli swój super temat i im wyszedł. Ale to zawsze jest ktoś komu zazdrości się tematu.

Natomiast czy odmówiłam czegoś i żałowałam? Nie. Radzę wyrabiać w sobie intuicję. Do mnie ona przyszła późno – po czterdziestce ­­­­­­­­ – ale moje najlepsze życie w ogóle zaczęło się po czterdziestce, więc nie martwcie się starością. Starość jest super.

Wtedy naprawdę zaczęłam ufać swojej intuicji. Więc, jak czujecie, że coś jest nie tak, nie czujecie danego tematu – miejcie odwagę uwierzyć, że to nie jest dobry temat dla was. Ale oczywiście nie ze wszystkiego można rezygnować.

Chociaż, powiem szczerze, jeżeli jesteście z pokolenia Z albo milenialsów, to nie macie problemu z odmawianiem i z wyborem tego, co czujecie. I to jest fantastyczne.

Mediaucze(L)ni - Grzebałkowska
for. Julia Ratajczak

Ja na przykład, kiedy czuję, że jest dobry temat, to wchodzę w stan takiego zakochania, u mnie są to takie motylki w brzuchu. Bo to nie jest tak, że zakochujemy się w kimś najpiękniejszym. Czasami idzie jakaś ładna dziewczyna czy chłopak, a nam się oni nie podobają. A jeżeli komuś innemu się nie podoba, to nam może się podobać. I tak właśnie jest z tematami.

Teraz jak piszę książki, to szczególnie muszę te motylki w sobie odnaleźć. Bo praca nad książką to są minimum trzy lata. Więc jeżeli przez tyle czasu będę się zmagać z tematem, którego nie cierpię i jest mi słabo na myśli o tym, że to robię, no to odradzam takiej pracy.

Natomiast brałam tematy po kolegach. Był kiedyś taki temat: pewna kobieta zaczęła dostawać SMS-y, bo kupiła melodyjkę z gazetki i zakochała się w uwodzicielu (przed rozpowszechnieniem się Internetu, żeby zmienić dzwonek w telefonie, kupowało się tzw. melodyjki z gazetek, a w regulaminie sprzedaży ukryta była zgoda na wysyłanie do kupującego wiadomości SMS – wtedy każda wiadomość SMS była płatna osobno). Uwodziciel, który wysyłał jej SMS-y, to nie był jakiś konkretny człowiek, tylko firma, która miała wiele stanowisk z komputerami i prowadziła właśnie takie uwodzenie. Chodziło tu oczywiście o to, żeby generować jak największy zysk – każdy SMS kosztował. I wtedy np. na koniec miesiąca przychodził tej kobiecie rachunek na 6 tys. złotych. Więc była to bardzo dramatyczna sytuacja. Ale ta Pani pewnego dnia po prostu spakowała walizki, powiedziała swojemu mężowi, że jest umówiona ze swoim ukochanym w Toruniu na jakiejś głównej ulicy i pojechała.

Więc ja podjęłam się tego tematu i też zaczęłam taki flirt. Najpierw jednak trafiłam na pracownika tej firmy i on mi wytłumaczył, jak to wygląda. Każdy siedzi i zapisuje w zeszycie rozmowy, żeby kolejni pracownicy wiedzieli, co odpisywać. Siedzieli tam zarówno mężczyźni jak i kobiety, nie miało to znaczenia. Dowiedziałam się też, gdzie ta firma ma swoją siedzibę.

No i z tą wiedzą, zaczęłam flirt. Na początku niewinnie, powiedziałam też od razu, że mam męża. Udawałam bogaczkę, opowiedziałam im, że mam stadninę koni, więc od razu się zaangażowali. Już w zasadzie umówiliśmy się na wspólne życie, tylko pojawił się problem, co z moim mężem. Więc ja napisałam, że musimy zabić mojego męża. I oni chyba poczuli, że przekroczyłam pewne granice, albo mieli może taki kodeks moralny, że jednak w morderstwa nie wchodzą. Ale ja napisałam: słuchaj, zabijemy go, zakopiemy w stajni, tam pod końmi – nikt się nie zorientuje.

I wtedy oni zaczęli się wycofywać. A ja napisałam: słuchaj, ja Cię strasznie kocham – musimy być razem, wiem, gdzie pracujesz. Umówmy się jutro o dwudziestej – podałam adres tej firmy.

Wtedy już ktoś naprawdę się przestraszył, na pewno pomyślał sobie: jakaś psychopatka, która po pierwsze namawia do morderstwa, po drugie, skąd wie, gdzie ja pracuję i skąd ma adres. Ta osoba naprawdę była przerażona.

Więc w tym momencie przerwałam. Napisałam reportaż, Kocham Cię. Zabijmy męża i dostałam za niego Grand Presse’a.

Więc nie wiem, czy mój kolega nie był zdenerwowany tym faktem. Chyba nie. Zresztą też czytał ten tekst przed publikacją, miał jakieś uwagi, więc był też takim ojcem chrzestnym tego tekstu.

Podejmuje się Pani różnych tematów, czy jest to taka strategia zawodowa, czy po prostu poczucie nudy?

Ja nie jestem reporterką jednej tematyki. Jak pracowałam w Dużym Formacie, to można było być dziennikarzem od wszystkiego i ja się właśnie w tym specjalizowałam.

Raz o rodzicach, którzy zabili swoje dziecko, raz o pedofilu z Malborka, a raz o tym, że wójtowi Ruciane Nida zakwitła piękna wisienka i warto o tym zrobić. Przeważnie były to tematy społeczne. Unikałam polityki – uganianie się za posłami to była dla mnie męka. Ale generalnie skakałam między tematami – tak miałam.

Dzisiaj wiem, z czego to wynika, mam po prostu stwierdzone ADHD. Robienie ciągle jednego tematu byłoby po prostu dla mnie potworną nudą.

Jak odnaleźć się w zawodzie reportera, jak zacząć i na co warto zwrócić uwagę?

Trzeba znać swoje ograniczenia i pycha kroczy przed upadkiem. Jeżeli ktoś myśli o sobie, że świetnie pisze i że zawsze ma genialne tematy, to powinien się zastanowić, czy na pewno chce pracować w tym zawodzie.

Ponieważ nawet jak się jest wybitnym reporterem albo reporterką – to trzeba mieć pokorę. Cały ten zawód polega na tym, że jesteśmy (jak gdyby) w szkole i cały czas ktoś nas sprawdza. Wszystkie prace, które tworzymy, (radiowe, telewizyjne, pisane) to jest cały czas konfrontowanie się z czytelnikiem, z redaktorem czy jakimś jury. Oni są takim nauczycielem, który zawsze znajdzie jakiś błąd, choćbyśmy nie wiadomo, jak byśmy się starali, więc musimy mieć naprawdę mocne tyłki, bo cały czas będą nas kopać.

Bardzo dobrze jest nie czytać forów, bo nikt nie jest otwarty na hejt. Ja nie czytam po prostu takich hejterskich komentarzy.  Ale przede wszystkim trzeba słuchać redaktorów, słuchać mądrych ludzi, kolegów po fachu, dobrze jest też dać do przeczytania komuś swój tekst przed publikacją.

Bo nie ma takiego reportera, który by nie dał do przeczytania przynajmniej początku swojej książki, drugiej osobie, takiej zaufanej. Tylko nie dawajcie swoich tekstów rodzinie, bo oni zawsze pochwalą – nawet jak się im nie spodoba. A tutaj nie o to chodzi. Dajcie swój tekst komuś surowemu, np. dobremu poloniście. I poproście o szczerość, bo to jest tu najważniejsze – nigdy nie obrażajcie się za szczerość.

Mediaucze(L)ni - Grzebałkowska
fot. Julia Ratajczak

Oczywiście nie zawsze jest tak, że ten szczery jest mądry, tu powołam się na kolejną anegdotę. Jak byłam na pierwszym roku studiów (historycznych) to już wiedziałam, że chcę być dziennikarką. Marzyłam o tym, żeby pisać teksty do gazety uniwersyteckiej i potem pójść dalej w świat. Ale tak bardzo nie wiedziałam nic o dziennikarstwie, że myślałam, że polega to na tym, że najpierw się pisze, potem się jest w radiu, a na koniec idzie się do telewizji. Że to jest obowiązkowa ścieżka każdego dziennikarza.

No więc chciałam zacząć od pisania. Na pierwszym roku studiów dorabiałam sobie jako sprzątaczka u różnych ludzi. Ale też pisałam teksty (przeważnie do szuflady), brałam udział w kursach dla studentów, takich trzydniowych warsztatach z ważnymi dziennikarzami. Potem pisałam w gazecie studenckiej, ale to przede wszystkim były takie rzeczy typu: Czy istnieje kultura studencka? Nawet opublikowali mój tekst. No ale ponieważ byłam sprzątaczką u pewnego poety, a była to jedyna osoba, którą znałam, która miała cokolwiek ‘wydrukowane’ to myślałam, że musi znać się na reportażu – oczywiście tak nie było.

Mówię, więc do niego któregoś razu już po sprzątaniu, czy ja bym mogła mu dać do przeczytania moje teksty, z szuflady, że chciałabym być dziennikarką, ale nie wiem, czy się nadaje. Zgodził się. A ja liczyłam na to, że przeczyta moje teksty i powie, że to jest świetne, że będę genialną dziennikarką.

Tydzień później przyszłam na kolejne sprzątanie i na koniec zapytałam: a co z moimi artykułami? A on powiedział tak: gdybym na podstawie tego miał cię przyjąć do jakiejś gazety, albo na dziennikarstwo, to nigdy bym cię nie przyjął – to jest tragiczne, beznadziejne, nie umiesz pisać.

Bardzo się wkurzyłam. Wyszłam od niego. Poszłam do domu na piechotę (z Zaspy na Przymorze) i całą drogę ryczałam. Byłam rozczarowana i zdruzgotana, ale powiedziałam sobie: to ci pokażę dziadu jeden.

Nigdy więcej już nie poszłam do niego sprzątać, nawet się nie zwolniłam, nie powiedziałam mu o tym. No i co? Zostałam dziennikarką.

Więc, to jest taka wypadkowa. Ale jak już macie osobę, która wiecie, że umie pisać i potrafi was skrytykować tak konstruktywnie, a nie tylko powiedzieć się nie nadajecie – to słuchajcie tej osoby.

Teksty powstają czasem zespołowo albo przechodzą przez wiele, wiele rąk. Więc właśnie, czy reportaż da się pisać w zespole? Czy to jest praca dla jednej osoby?

Dla mnie pisanie w zespole to jest piekło. Ale zdarzają się oczywiście reportaże zespołowe. Czasami pisze się w duecie. Jak się trafi na kogoś z kim się ma ten sam flow, to jest to cudownie.

Ja mam tak tylko z jedną, jedyną osobą na świecie, no może z dwoma, ale przede wszystkim z Dorotą Karaś – reporterką, która teraz pisze książki. Myśmy się poznały w Głosie Wybrzeża w 1996 roku i od tamtej pory bardzo się przyjaźnimy.

Tylko z nią potrafiłam pisać, miałyśmy dosłownie wspólne myśli. Napisałyśmy kilka wspólnych reportaży i tak naprawdę nasza ‘kariera’ zaczęła się właśnie od wspólnego reportażu o Lucynie Legut (Pani Lucyno, będzie nam pani ogromnie brakowało).

Natomiast pisanie z innymi to było piekło. Dlatego, że przez mój brak asertywności, nie umiałam powiedzieć, że nie podoba mi się to co ta osoba mówi.

Natomiast były w naszym dziale reportaże zbiorowe – to była fantastyczna robota. Mieliśmy główny temat, ale tak naprawdę każdy zajmował się czymś innym i potem robiliśmy taką zbiorówkę. Oczywiście kontaktowaliśmy się, żeby nie wejść sobie w temat albo polecaliśmy sobie kogoś, ale tak to każdy pracował sam i to było bardzo fajne.

Wspomniała Pani o Dorocie Karaś a mi się od razu przypomniała Pani Ewa Winnicka, z którą współprowadzi Pani podcast Jak się starzeć, bez godności.  Skąd taki pomysł? I tym samym książki, które na jego podstawie powstały?

Właśnie drugą osobą, z którą umiem pisać, jest Ewa Winnicka. To znowu jest przypadek takiego siostrzeństwa, bardzo mocnego. Obie mamy po prostu całkowity brak poczucia godności, dlatego dobrze się nam współpracuje.

Podcast zaczęłyśmy robić dlatego, że zbliżyła się do nas 50. I to nie chodzi o kieliszek alkoholu, tylko o wiek. Nie wiedziałyśmy, co z tym zrobić. Pomyślałyśmy, że może trzeba by to jakoś zbadać. Jak się starzeć w naszym kraju? W którym jest patriarchat i konkretna rama, w którą wstawia się osoby w pewnym wieku. A ja nie chcę zacząć chodzić w beżu.

Oczywiście to nie znaczy, że nie można tak. Chodzi o to, żeby były różne modele, a nie tylko jeden. Ja polecam model francuski, gdzie po pięćdziesiątce trzeba znaleźć kochanka i zmienić pracę, ale nie trzeba tego kochanka oczywiście. Chodzi o to, żeby nic nie było trzeba. Wtedy dopiero można zacząć się zastanawiać, jak to jest po tej pięćdziesiątce. Nam wyszły podcasty i książka, nawet dwie książki.

Jak głęboko należy wejść w temat, żeby napisać rzetelny reportaż?

Każdy ma troszeczkę inne sposoby pisania reportażu. Ja uważam, że należy wejść w temat jak najgłębiej, jak się tylko da. Tylko oczywiście łatwo mi to mówić – reporterce, która mogła pisać jeden reportaż nawet pół roku. A teraz, z tego co słyszałam, jak dają tydzień na reportaż, to już jest bardzo dobrze.

Reporterzy już nie jadą w teren, tylko dzwonią do ludzi. Wcześniej to było nie do pojęcia. Rozumiem jedynie, jak ktoś jest np. w Afryce a ja w Polsce, że redakcja mnie nie wyśle do Afryki. Chociaż kiedyś by wysłała. Natomiast rozmowa online czy przez telefon to jest porażka, kiedy pisze się reportaż.

Bardzo ważne jest spojrzeć człowiekowi w oczy, zobaczyć jego gesty. Jeżeli robimy reportaż o człowieku, który przeżył jakąś tragedię, pozwólmy mu wybrać miejsce spotkania. To jest w ogóle nieodpuszczalne, żeby przez telefon, rozmawiać – jest to brak szacunku dla tego człowieka.

Ważne jest to jak ktoś się ubrał na spotkanie, jak ma w mieszkaniu. Bardzo ważny jest też smalltalk. Nie można reportażu zacząć od tego, że wchodzimy i od razu, dyktafon i pytamy: no jak tam się zdarzyło Panu to nieszczęście?

A jak ten smalltalk, rozpocząć przez telefon? Jaka pogoda u Pana na wsi? No nie. Trzeba pokazać zdenerwowanemu rozmówcy, że jesteśmy takim samym człowiekiem. Więc na przykład ten ktoś ma filiżanki w segmencie, więc mówimy: o rety to tak jak u mojej babci. Oczywiście nie kłamiemy. Reporter nigdy nie kłamie i nigdy na kłamstwie nie zbiera materiału. Zawsze mówię, że mamy niewiele etosu dziennikarskiego, zwłaszcza w dzisiejszym czasach, ale prawda to jest jedna z niewielu rzeczy, która nas odróżnia od bajko pisarzy.

Rozmowa została przeprowadzona podczas panelu na konferencji Media UczeLni na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego. Po jej zakończeniu uczestnicy spotkania mogli również zadać naszej gościni własne pytania.