Łza w oku, piosenka w uchu. „La La Land” – recenzja

La La Land recenzjaDamien Chazelle powraca z kolejnym filmem, oddającym cześć muzyce jazzowej. Po „Whiplash” (2014), w którym młody perkusista trafia pod skrzydła despotycznego nauczyciela, nadszedł czas na „La La Land” opowieść o dwójce zakochanych w Los Angeles.

Mia (Emma Stone) jest początkującą aktorką. Chodzi na setki castingów, które zawsze kończą się takim samym niepowodzeniem. Zamiast grać w hollywoodzkich produkcjach, dziewczyna pracuje w kawiarni w filmowym miasteczku Warner Bros. Sebastian (Ryan Gosling) jest muzykiem. On zamiast grać jazz w swoim własnym klubie, to przygrywa gościom restauracji świąteczne piosenki. Tych dwoje musiało kilka razy na siebie wpaść, zanim przekonało się, że to nie przypadek i są dla siebie stworzeni.

„La La Land” nie jest jednak historią tylko o miłości. To film o tym, jak uczucie pomogło dwójce artystów zmotywować się do działania. Mia i Sebastian od zawsze wiedzieli co chcą w życiu osiągnąć i jakie mają marzenia. W pewnym momencie zabrakło im wiary w siebie. Wzajemnie pokazali sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Młoda aktorka postanawia sama napisać sztukę, a muzyk wyrusza w trasę z zespołem jazzowo-popowym, by zarobić na otwarcie własnego klubu. To opowieść o ludziach z pasją, z którymi odbiorcy mogą się utożsamić.

Fabuła filmu może i jest prosta, za to reżyser w pełni skupia się na obrazie i muzyce. Operując nimi, balansuje między rzeczywistością a marzeniami. Chazelle świetnie oddał klimat hollywoodzkiego Los Angeles. Nasycone kolory, wręcz bajkowe ujęcia, jak to, kiedy para tańczy przy zachodzie słońca, a w tle widać panoramę miasta w purpurowych odcieniach. Doskonały duet Emma Stone i Rayan Gosling idealnie wpasowuje się w tą stylizowaną na lata 70. rzeczywistość. Co więcej widać między nimi chemię, za pewne za sprawą tego, że jest to ich trzeci wspólny film: „Kocha, lubi, szanuje” (2011) i „Gangster Squad” (2013).

Obraz jest ukłonem w stronę klasyków musicalu, jednak nie stara się ich naśladować. Piękne baśniowe sceny kontrastują z nie zawsze idealną rzeczywistością. Pełna pasji relacja Mii i Sebastiana musi zmierzyć się z konsekwencjami samorealizacji i spełniania osobistych marzeń. Okazuje się, że konieczne jest wtedy dokonanie trudnych wyborów. Właśnie ten słodko-gorzki wątek pokazuje, że Chazelle w nowatorski sposób zajął się tym gatunkiem. Film pokazuje absurdy fabryki gwiazd i to, jak bohaterowie stali się jej ofiarami. Widać to chociażby w scenach z castingów Mii, kiedy podczas przesłuchania jest lekceważona.

„La La Land” to przede wszystkim wspomniane wyżej zdjęcia i oczywiście muzyka. Za nią odpowiedzialny jest Justin Hurwitz. Jego piękne kompozycje od otwierającego „Another Day of Sun”, przez melancholijne „City of Stars”, aż po zwieńczający „Epilogue”, na długo po seansie pozostają w pamięci. Ścieżka dźwiękowa świetnie buduje uczucia. Musicalowa strona „La La Land” nie dominuje całej produkcji. Utwory są miłym dodatkiem, pojawiają się jako dopełnienie wybranych scen. Głosy Stone i Goslinga idealnie razem współbrzmią. A to jeszcze bardziej udowadnia, że tworzą oni duet dokonały.

Damien Chazelle jest dopiero na początku swojej reżyserskiej kariery. Młody twórca ma już na swoim koncie dwa filmy, które odbiły się szerokim echem. W 2014 nagrodami obsypano „Whiplash”. „La La Land” już zgarnął 7 złotych globów, a zapewne zdobędzie jeszcze więcej statuetek. W najnowszej produkcji widać świetną pracę reżyserską. To jak precyzyjne są poszczególne sceny budzi zachwyt. Dopracowane choreografie i zabawa kolorem wymagały sporo pracy technicznej. Dobrych musicali od dawna brakowało w kinie. Może sukces „La La Land” sprawi, że moda na ten gatunek powróci i zobaczymy więcej tego typu produkcji w najbliższych latach. Jedno jest pewne Chazelle wysoko postawił poprzeczkę i trudno będzie dorównać tak pięknemu obrazowi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *