Magia nie znikła – Lilly Hates Roses w Żaku

Lilly Hates Roses / mat.prasowe

Jeszcze 3 lata temu, zupełnie nieśmiały duet Kasi Golomskiej i Kamila Durskiego jako support w Parlamencie promował płytę „Someting to happen”. Teraz do gdańskiego Klubu Żak przyjechali ze swoim drugim krążkiem pod nazwą „Mokotów” z czerwca ubiegłego roku. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że byli w stanie wyczarować wokół swojej muzyki tak samo wspaniałą aurę co kiedyś.

Ten kto słyszał na żywo Lilly Hates Roses może pamiętać ich z lekkich, akustycznych brzmień i połączenia głosów Kasi i Kamila w melancholijnych utworach. Sobotni wieczór jednak różnił się trochę od starych koncertów. Na scenie oprócz duetu pojawił się Max Psuja (perkusja) oraz Krzysztof Pieszak (klawisze). Przez co nawet stare utwory tak jak np. „Głosy zza kwiatów” w nowej aranżacji dostały w Żaku drugie życie.

Zespół ma też coraz lepszy kontakt z publicznością. Na początku mogłoby się wydawać zamknięci w swoich muzycznych światach słuchacze, z piosenki na piosenkę dawali z siebie coraz więcej. Po krótkich namowach duetu, który oficjalnie stwierdził, że: Do naszej muzyki w końcu można tańczyć, między artystami a widownią wytworzyła się nić, której nikomu nie udało się zerwać już do końca koncertu. Tego wieczoru zabrzmiały zarówno piosenki z pierwszej płyty: m.in. wspomniane „Głosy zza kwiatów” czy „Youth”, jak i te nowe: „Mokotów”, „Predictable”, „Feng Shui” czy „L.A.S”. Nie sposób nie wspomnieć o pozostałej oprawie artystycznej. Światła i lekka mgła już w oczekiwaniu na koncert wprawiała w idealny nastrój.

Zawsze dobrze słucha się muzyków, którzy na ustach oprócz słów mają też uśmiech. Radość, którą sprawia aktualnie rockowo-folkowemu kwartetowi wspólne granie, wywoływała ten uśmiech także na twarzach innych. Jeżeli starych fanów przeraża nowe oblicze zespołu, mamy dobrą wiadomość. Możecie spać spokojnie. Pośród żwawych, bardziej rockowych piosenek wciąż można odnaleźć tą samą niewinność i lekkość co na początku. Koncert, mimo dość licznej publiki w Żaku, zachował swoją kameralność. A co najważniejsze, Kasia z Kamilem to ci sami młodzi, bezpośredni artyści, którzy niezmiennie koncertują z miłości do muzyki. Doskonale to wszystko dało się odczuć podczas wyklaskanego i wytupanego bisu, na który nie musieliśmy długo czekać. Zabrzmiało wyczekiwane „Kto jeśli nie my?”. Po części odśpiewane przez publiczność, co stało się w pewnym stopniu katharsis całego koncertu. Ze sceny poleciało srebrne konfetti. A nowa odsłona piosenki Tommy Sparksa „She’s got me dancing” porwała do tańca nawet tych nieśmiałych.

Świeża odsłona zespołu zdecydowanie lepiej sprawdza się na żywo niż słychać to na płycie. Muzycy nie boją się stąpać po wcześniej niezbadanych brzmieniach. Dlatego też nigdy nie wiadomo czego po nich oczekiwać. To akurat bardzo duży plus. Ciągle oryginalni, nie tracąc świeżości, pokazują że warto czekać na ich kolejne utwory. Tym bardziej na kolejne koncerty.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *