26. SFF: Dolina niesamowitości. „La petite mort” Martyny Byczkowskiej i Kai Zalewskiej
3 min przeczytania
Na zdjęciu Martyna Byczkowska i Kaja Zalewska / fot. materiały prasowe
Mała śmierć brzmi groźnie, prawda? Określenie to pochodzi od francuskiego la petite mort. Jest niczym innym, jak określeniem stanu nagłego oszołomienia, krótkiej utraty świadomości. Słowem, odcięcia się od świata. Używa się go jednak głównie do określenia momentu szczytowania. To wyjaśnienie jest nieprzypadkowe, bo tak swój film zatytułowały dwie polskie twórczynie.
Martyna Byczkowska (znana chociażby z LARP. Miłość, trolle i inne questy i serialu 1670) i Kaja Zalewska (Gdybym miała jaja oraz Zabawa) nakręciły eksperymentalny film, łączący sprawnie teatralność z dokumentem. Znalazły się w nim ich prywatne materiały z dzieciństwa. Warto zaznaczyć, że przyjaciółki spędziły je wspólnie: obydwie pochodzą z Kartuz, trenowały pływanie i kręciły pierwsze filmy starą kamerą. Każda z nich ukończyła także aktorstwo dramatyczne na Akademii Teatralnej w Warszawie. Scenariusz do La petite mort jest ich wspólnym dziełem. Twórczynie wykorzystały w tym celu GAGA movement (określony sposób poruszania się, mający pomóc w cielesnym wyrażaniu siebie) oraz nagrania ze swoich improwizacji.
Ofelia oskarżona?
Obydwie aktorki odgrywają jednocześnie tę samą postać – Ofelię. Już pierwsza scena – sądu nad bohaterką, która złamała paragraf popełniając samobójstwo – nasuwa oczywiste skojarzenia i ustawia film w tonacji, która do końca będzie konsekwentnie utrzymywana. Jest to bolesna rozprawa z życiem. Znajdują się w niej powrót do dzieciństwa, rodzinnych Kartuz, przeistaczanie się z dziewczyny w kobietę, pierwsze relacje i inicjacja seksualna. Niektóre ze wspomnień bywają przyjemne, inne wywołują dreszcze. Każde z nich pozostaje również wypowiedziane z dwóch różnych perspektyw – aktorki przez cały film prowadzą ze sobą zawzięty dialog.
Pomimo że całość może momentami wydawać się surrealistyczna, to właśnie słowa w tym przedstawieniu są najważniejsze. Każde z nich jest precyzyjnie wycelowane. Raz bohaterki uderzają nimi same siebie (na długo w pamięci pozostaje scena ich kłótni), innym razem podsumowują boleśnie swoją przeszłość, a niekiedy z ogromną czułością opowiadają o swoich bliskich. Wyczula to widza na to, by słuchać. Sprzyja temu również sama scenografia, która przez większość czasu pozostaje minimalistyczna.
Dolina symboli
Scenografia sprawia, że wiele z symbolicznych aspektów produkcji wychodzi na pierwszy plan. Nie sposób nie zauważyć na przykład czerwieni, konsekwentnie stosowanej przez autorki, w formie ubioru lub przedmiotów. Kolejnym elementem, któremu warto jest się przyjrzeć, jest woda i jej rola w życiu Ofelii. Wreszcie samo sięgnięcie po to imię, nawiązanie w trakcie do Hamleta, dobitnie pozwala wybrzmieć szekspirowskiej tezie (użytej co prawda w innym dramacie) o teatrze świata. W tym kontekście jeszcze istotniejsza staje się teatralna konwencja, jaką przyjęły aktorki.
Pod pewnymi względami film budzi skojarzenia – przez intensywne sięganie po motywy związane z wodą oraz pełnioną przez nią rolą – z Chronologią wody Kristen Stewart. Pod względem ukazywania trudów dorastania przywodzi za to na myśl Przekleństwa niewinności Sofii Coppoli. Tu warto zaznaczyć, że wizja reżyserek jest jednak znacznie dosadniejsza i intensywniejsza, co zdecydowanie działa na korzyść.
Chwilowa utrata świadomości
La petite mort nie sposób spuentować. Bo wyobraźcie sobie wytłumaczenie komuś, kto nigdy nie osiągnął tego stanu, czym jest „mała śmierć”. Momentem chwilowej satysfakcji? Uwolnieniem napięcia zalegającego zbyt długo w ciele? No właśnie. Dokładnie taki jest ten film. Tego doświadczenia nie da się opisać. Trzeba samemu je przeżyć.
Film swoją premierę miał na Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i film”, gdzie otrzymał nagrodę dziennikarzy za pełnometrażowy film fabularny. Pojawił się również na 26. edycji Sopot Film Festival.
Recenzja powstała dzięki uprzejmości organizatorów 26. Sopot Film Festival.
