13/04/2026

CDN

TWOJA GAZETA STUDENCKA

Miłość od grobowej deski, czyli o „The Bride!” Maggie Gyllenhaal

7 min przeczytania
the bride opiniowtorek

Autor grafiki: Eden Król/plakat: materiały prasowe EPK.TV

Obecnie w kinie możemy doświadczyć „szału Frankensteina”. Najpierw Guillermo del Toro przedstawił nam swoją filmową wersję kultowej powieści Mary Shelley, teraz Maggie Gyllenhaal stworzyła własną kontynuację losów Stwora w jej najnowszym filmie, The Bride!, który ukazał się na ekranach polskich kin 6 marca.

Ostatnia twórczość del Toro oraz Gyllenhaal dowodzi, że XIX-wieczny utwór Mary Shelley jest jak najbardziej aktualny. Wciąż stanowi źródło niewyczerpanych inspiracji, szokuje i skłania do artystycznej refleksji. Reżyserka filmu The Bride! posunęła się jednak o krok dalej niż del Toro w swojej adaptacji. Gyllenhaal, podobnie jak James Whale (The Bride of Frankenstein, 1935), stworzyła kontynuację powieści Shelley, która przyjęła kształt odpowiedzi na pytanie co by było, gdyby stwór Frankensteina uzyskał swoją upragnioną Pannę Młodą.

Historii Frankensteina cdn…

Obecnie wznowiony „szał na Frankensteina” w kinie rozpoczął się od twórczości Jamesa Whale’a, dokładnie w 1931 r. (wcześniej istniała mniej znana, krótkometrażowa wersja z 1910 r.). Jego Frankenstein stał się kultową adaptacją książki, może nawet bardziej znaną niż sama powieść Shelley. To właśnie z tego filmu wyłoniła się popularna „amerykańska wersja” Frankensteina jako potwora ze śrubami w szyi oraz wydłużoną i kanciastą głową.

Whale nie poprzestał tylko na jednym filmie o kultowym potworze i wkrótce po premierze pierwszej części powstała druga, zatytułowana The Bride of Frankenstein. W tym dziele po raz pierwszy podjęto się próby realizacji pragnienia książkowego potwora, czyli stworzenia mu towarzyszki.

Maggie Gyllenhaal, podobnie jak Whale, podążyła za pomysłem „dopowiedzenia” sobie losów stwora Frankensteina. Z tym wyjątkiem, że jej historia jest opowiadana z perspektywy Panny Młodej. Oznacza to, że występuje na ekranie znacznie dłużej niż tytułowa bohaterka Narzeczonej Frankensteina (Elsa Lanchester) Whale’a, która pojawia się jedynie w ostatnich minutach filmu. Gyllenhaal, zapytana podczas jednego z wywiadów o przyczynę powstania jej najnowszego filmu, udzieliła następującej odpowiedzi:

Kiedy skończyłam oglądać ten film, pomyślałam, że chcę wiedzieć więcej o tym, co się z nią dzieje. Co dzieje się w jej wnętrzu po tym, jak została wykopana z ziemi, by poślubić kogoś, kogo nie rozpoznaje i kogo tak naprawdę nigdy nie spotkała. Poczułam ciekawość i chciałam się nad tym zastanowić. (tłum. aut.)

Wskrzeszenie The Bride!

Gyllenhaal pracowała nad swoim filmem nie tylko w charakterze reżyserki, ale również scenarzystki. Główne role odegrali tegoroczna zdobywczyni Oscara, Jessie Buckley (Panna Młoda / Mary Shelley), oraz Christian Bale (Frank). Obok nich wystąpili: Penélope Cruz (Myrna Malloy), Peter Sarsgaard (Jake Wiles), Jake Gyllenhaal (Ronnie Reed) i Annette Bening (Dr. Cornelia Euphronius).

Fot. materiały prasowe EPK.TV

Film został wyprodukowany przez Warner Bros. Pictures, choć z początku to zadanie miał pełnić Netflix. Jego światowa premiera odbyła się 26 lutego tego roku w Londynie, zaś kilka dni później, a dokładnie 6 marca, ukazał się w polskich i amerykańskich kinach.

Zmarli mają głos

Film Gyllenhaal czerpie wiele z powieści Mary Shelley oraz twórczości Jamesa Whale’a. Jest on poniekąd sublimacją XIX-wiecznej książki oraz XX-wiecznego utworu filmowego. Zachowuje przy tym jednak swoją niezależność poprzez osadzenie akcji w latach 30. XX wieku i nałożenie na nią współczesnych dylematów. W wyniku tego osiąga unikalną i niekonwencjonalną formę, na którą wpływa również wcześniej wspomniane „dopowiedzenie” historii o narzeczonej Frankensteina oraz częściowe prowadzenie narracji poprzez zmarłą Mary Shelley.

Takie „wskrzeszenie” autorki książki jest ciekawym zabiegiem. To poniekąd oddanie głosu zmarłym, co zresztą stanowi kluczową frazę przetaczającą się przez całość trwania filmu. Mary Shelley przemawia do nas zza światów, opowiada nam, jak umarła i kim była. Jest rozgoryczona, zdradza, że tak dobrze znana nam powieść nie została ukończona. Ujawnia nam plany o jej pośmiertnym dokończeniu, co zresztą faktycznie robi poprzez opętanie głównej bohaterki, Idy. Tak oto zaczyna się historia naszej Panny Młodej.

Historia towarzyszki Frankensteina w wykonaniu Gyllenhaal jest niebanalna. W przeciwieństwie do utworu Whale’a, Panna Młoda zyskuje tu głos i przedstawia nam swoją wersję zdarzeń. Dodatkowo, wraz z biegiem fabuły Ida przypomina sobie kim była za życia, co z pewnością nie zdarzyło się złożonemu z wielu ludzkich szczątków Frankowi. Można powiedzieć, że kultowy potwór „wypada blado” na tle żywiołowej narzeczonej, która wyposażona jest w dziką i nieokiełznaną osobowość oraz misję o przesłaniu feministycznym. Bohaterka bowiem przemawia głosem zmarłych kobiet, brutalnie zamordowanych z nakazu okrutnego gangstera, który życzył sobie, aby jego ofiarom wycinano języki. Tak więc nieprzypadkowo w utworze pojawia się sformułowanie o zwróceniu mowy zmarłym.

Takie feministyczne przesłanki występują na przełomie całego filmu. Myrna Malloy, która pragnie stać się prawdziwym detektywem i prowadzić sprawę dotyczącą zabójstw Franka i Idy, czy Dr. Euphronius, która zastępuje Viktora Frankensteina. Dodatkowo, działania Panny Młodej doprowadzają kobiety do buntu, który przeistacza się w zamieszki na ulicach. Oczywiście Ida inspiruje je też swoim ekscentrycznym wyglądem.

Warto zwrócić uwagę, że historia Panny Młodej ma kształt emancypacji. Zmarła kobieta musi na nowo odnaleźć się w brutalnym świecie, i to jeszcze u boku kilkusetletniego potwora, który utrzymuje, że jest jej mężem. Z początku Panna Młoda nie pamięta nic, lecz wraz z biegiem fabuły przypomina sobie, kim jest i jaką niegdyś miała misję. Odnajduje swoją drogę i odmawia bycia Panną Młodą Frankensteina. Staje się po prostu Panną Młodą.

… i żyli w nieskończoność i bandycko.

Co by było, gdyby stwór Frankensteina miał swoją towarzyszkę? W mniemaniu Gyllenhaal byłaby to para wybuchowa, która chcąc czynić dobro, wyrządza zło. Wprawdzie fizycznie bohaterowie przypominają potwory — on cały pozszywany, ona umazana zaschłą krwią — ale wewnętrznie przypominają nieporadne dzieci, które w trakcie swojej niewinnej zabawy nieświadomie wyrządzają innym krzywdę. Kreacja tych postaci, pomimo ich fizyczności, czyni ich niezwykle ludzkimi. Są podatni na odczuwanie silnych emocji — gdy coś ich bawi to cieszą się na całego, gdy coś ich zezłości lub zasmuci to wściekają się nie na żarty.

Fot. materiały prasowe EPK.TV

Ich losy, przedstawione nam przez Gyllenhaal, przypominają historię Bonnie i Clyde’a. Obie pary uciekają przed prawem, popełniają przestępstwa i są w sobie niezmiernie zakochane. Wspólne życie Franka i Idy oscyluje wokół ucieczki, tak samo jak zresztą u Bonnie i Clyde’a. Cieszą się pozorną wolnością oraz niekończącą się podróżą autem, która ma ich odwlec od poniesienia odpowiedzialności za wykroczenia. Tyle, że Bonnie i Clyde okradali banki, a Frank i Ida zabijają ludzi.

Podobne skojarzenia wywołują Harley Quinn i Joker. Co wcale nie dziwi, skoro sama Maggie Gyllenhaal grała w Mrocznym Rycerzu, a produkcją filmu zajęło się Warner Bros. Pictures. Ida, tak samo jak Harley Quinn, nie pamięta czasu przed poznaniem Franka. Obie są postaciami obdarzonymi dużą dozą szaleństwa i siłą do utworzenia rebelii. W dodatku Ida i Frank, tak samo jak Harley Quinn i Joker, mają na siebie nawzajem raczej zgubny wpływ. Ich wspólne działania w obu przypadkach nie prowadzą do niczego dobrego, a jedynie do interwencji policji. Można więc uznać, że bohaterowie The Bride! są niejako staromodną i potworną wersją pary złoczyńców z uniwersum DC.

… i że nie opuszczę Cię po śmierci.

Film Gyllenhaal z pewnością może zachwycić, na co zdecydowanie mają wpływ niezwykle ekspresyjne i zdumiewające aktorstwo Jessie Buckley oraz niesamowite charakteryzacje głównej pary. Jednak to, co według mnie może nieco przeszkadzać w tym filmie to brak spójności i zbyt duże mieszanie wątków. Najpierw dostajemy opowieść Mary Shelley, potem romans Franka i Idy, następnie seans kryminalny, a na koniec emancypację głównej bohaterki. Przez tą mieszankę ostatecznie nie wiemy, czym ten film chce być.

Co jest moim zdaniem ciekawe w kreacji Gyllenhaal to to, jak świadomie porusza się pomiędzy tym co chce stworzyć, a wcześniej utrwalonymi wzorami. Mamy w jej filmie trochę myśli Shelley, trochę Whale’a i jeszcze odrobinę jej samej, i to wszystko zdaje się ze sobą grać.

Interesujące jest też to, że reżyserka przeniosła akcję do lat, w których powstawał film The Bride of The Frankenstein. Aby jeszcze bardziej podkreślić ten okres, wykreowała spektakle filmowe Ronniego Reeda, utrzymane w konwencji ówczesnych filmów musicalowych. Sama postać gwiazdy jest niezwykle ciekawa z perspektywy relacji, jaką ma z nim Frank. Stwór regularnie uczęszcza na jego seanse filmowe, zna jego teksty i wie o jego karierze wszystko, lecz Reed nie wie o nim nic. Jest to na swój sposób urocze i przypomina naszą współczesną relację z celebrytami oraz sposób, w jaki ich działalność artystyczna ma wpływ na nasze życie.

Na koniec dodam, że pomimo tej bardzo wymyślnej i niekonwencjonalnej formy filmu, można odnieść wrażenie, że gdyby stwór Frankensteina faktycznie uzyskał swoją towarzyszkę, ich losy potoczyłyby się w mniej więcej w taki sposób. Można dostrzec, że Gyllenhaal chciała zachować ciągłość z książką i, według mnie, udało jej się to osiągnąć. Ostatecznie, „szał Frankensteina” ze względu na twórczość reżyserki oraz opisywany w moim wcześniejszym artykule film del Toro ma pozytywny skutek na kreację współczesnej kultury. Czy możliwe jest, że nowym tropem w kinie będzie czynienie z bohaterów literackich kolejnych superzłoczyńców bądź superbohaterów?