03/02/2026

CDN

TWOJA GAZETA STUDENCKA

Jedyna w swoim rodzaju? Najnowszy serial Gilligana

4 min read
Jedyna Gilligan opiniowtorek

Grafika: Eden Król / Fot. Apple TV

Vince Gilligan w swoich dwóch ostatnich produkcjach poświęcił się bohaterom, którzy chcieli zbyt wiele. Niezależnie od tego, czy były to pieniądze, uznanie czy władza. Tym razem w Jedynej (2025, Apple TV) przedstawia widzom wizję świata, w którym wszyscy żyją szczęśliwie i harmonijnie. Ma to oczywiście swoją cenę, bo aby dołączyć do wspólnoty, należy porzucić własną tożsamość. Już sama ta fabuła stawia kluczowe pytanie: czy indywidualizm ma sens, gdy prym wiedzie kolektyw, mający działać na rzecz dobra ogółu?

Gilligana nie trzeba nikomu długo przedstawiać. Dał on fanom seriali niezapomniane serie. Kto w końcu nie pamięta historii niepozornego nauczyciela chemii, tworzącego od zera całe kryształowe imperium? Albo przygód ekscentrycznego prawnika, który studia ukończył korespondencyjnie w samoańskiej szkole, Saula Goodmana? Po sukcesie tych dwóch produkcji twórca stwierdził, że czas na kolejną opowieść. Tym razem jednak – dla odmiany – w centrum wydarzeń nie postawił antybohaterów. Zdecydował się przetestować swoje możliwości i spróbować czegoś nowego. Zarówno w zakresie tworzenia postaci (ta miała być pozytywna, w przeciwieństwie do poprzednich produkcji), jak i gatunku. Gilligan, stojąc przed nowym wyzwaniem, śmiało zakasał rękawy i stwierdził „let me cook”.

Sama przeciwko innym? Fabuła serialu

Wyszła z tego historia Carol Sturki (w tej roli znakomita Rhea Seehorn). Kobieta utrzymuje się z pisania powieści z pogranicza romansu oraz fantastyki. Potajemnie marzy o stworzeniu czegoś ambitniejszego, ale grono jej fanów oczekuje prostej prozy. W tym wszystkim wspiera ją jej partnerka Helen (Miriam Shor), będąca jednocześnie jej agentką. Poznajemy obydwie kobiety właśnie w trakcie podróży promocyjnej najnowszej z książek Carol.

Ich spokój burzy hitchcockowskie trzęsienie ziemi. Pojawia się pierwszy przypadek zarażenia „wirusem” nieznanego pochodzenia. Ten prędko się rozprzestrzenia, zbierając ogromne żniwo wśród ludności na całej kuli ziemskiej. Zarażeni jednak nie kaszlą, nie smarkają – w ogóle nie widać po nich żadnych objawów choroby. Nagle są po prostu szczęśliwsi, przyjaźniejsi i dążą do życia pozbawionego zła. Od tej pory stają się jednością (stąd oryginalna nazwa serialu, czyli Pluribus, oznaczająca w łacinie „z wielu” lub „wiele”), tworząc wspólny umysł. Co ciekawe, podatna nie jest na niego Carol. Bohaterka musi się nagle odnaleźć w nowej rzeczywistości, w której prym wiedzie radość oraz działanie na rzecz wspólnoty.

Gilligan trzyma poziom?

Fanom mocnych emocji i częstych zwrotów akcji, zaserwowanych chociażby w Breaking Bad, może być ciężko przywyknąć do wolniejszego tempa serialu. Całość bowiem, wraz z każdym kolejnym odcinkiem, przypomina raczej odcinek Fly niż Ozymandias. Gilligan stara się opowiedzieć historię kobiety za pomocą detali. Sięga po spójną kolorystykę (zwróćcie uwagę szczególnie na momenty, w których pojawiają się kolory żółty oraz niebieski), symbole, dopracowane detale, co pozwala mu wirtuozersko budować kadry i pchać akcję naprzód. Ta jednak toczy się pomału. Widz otrzymuje focus na bohaterkę, wraz z jej sposobem przeżywania żałoby po starym świecie. Pod tym względem znacznie bliżej mu do Better Call Saul. Z tym drobnym rozróżnieniem, że z Goodmana dało się, w porównaniu do Carol, czytać jak z otwartej księgi. Bohaterka najnowszej powieści Gilligana wolniej daje się poznać, a przez większość historii towarzyszy jej sporo niepewności, rozchwiania i odrobinka neurotyczności.

Twórca, pomimo że sięga po science fiction, zdaje się czerpać wiele z otaczającej nas rzeczywistości. Na ekranie momentami widnieją opustoszałe przestrzenie. Dochodzi nawet do momentu, gdy mieszkańcy Albuquerque zostawiają bohaterkę samą w mieście. Nietrudno dostrzec w tym wpływy, jakie mogła mieć pandemia COVID-19 na wyobraźnię reżysera, gdy podobne widoki nie należały do rzadkości. Sam motyw hive mindu, czyli wspólnego umysłu całej ludzkości, stanowi również spore pole do interpretacji. Niektóre skojarzenia nasuwają się same – w końcu, czy większość z nas nie jest podpięta na co dzień do wspólnej sieci? Tam poznajemy myśli innych, zbieramy informacje, łączymy się (choć nie tak drastycznie, jak w samym serialu). Równie dobrze twórca mógł mieć na myśli sztuczną inteligencję, której temat wciąż rozgrzewa debatę publiczną. Wreszcie pojawia się kwestia, silnie narzucająca się od pierwszych odcinków, czy indywidualność jednostki ma jakikolwiek sens, gdy prym wiedzie kolektyw, mający zapewnić każdemu szczęście?

Serial, który wynagradza cierpliwość

Z powodu licznych pytań, jakie rzuca przed widzem Gilligan, jak i samego tempa serialu, największą przyjemność z Jedynej będą czerpać przede wszystkim fani produkcji skłaniających do głębszej refleksji. Jest to serial, któremu trzeba poświęcić sporo cierpliwości oraz czasu. Zarówno w trakcie seansu, jak i po nim. Gdy się jednak dotrze do ostatniego odcinka, chęć obejrzenia kolejnego sezonu przychodzi sama.