„Czasem ciężej jest coś powiedzieć, a prościej po prostu wytańczyć” – czym dla Niki Jurczuk jest Podlasie Bounce
12 min przeczytania
Połączenie podlaskich korzeni z tanecznym rytmem techno. Skąd czerpią inspiracje, dlaczego śpiewają właśnie po podlasku, skąd wziął się ich styl? Gdzie wystąpią w tym roku? Tego dowiecie się w rozmowie z Niczos.
Czy od zawsze myślałaś, że Twoja kariera muzyczna będzie związana z Podlasiem?
Tak, od zawsze, ale może zacznijmy od początku. Nie sądziłam, że moje życie będzie związane z karierą muzyczną. Traktowałam muzykę jako hobby, też przez moich rodziców, którzy mi wpoili, że powinnam mieć taki normalny zawód. Więc muzyka była gdzieś pobocznie, i to jakoś tak naturalnie się zdarzyło, że w pewnym momencie te role się odwróciły. Zaczęłam z tego żyć i teraz już aktualnie tylko muza jest w moim życiu.
Wyrosłam na Podlasiu, w tej kulturze i się jej trzymałam od początku. Pokochałam śpiew tradycyjny w mowie podlaskiej i nie wyobrażałam sobie takiego scenariusza, że nagle pójdę w pop i będę śpiewać po polsku. To nie wchodziło w grę.
Czy Twoi rodzice wychowali Cię w tym języku?
Właśnie nie, moi rodzice, ani nawet dziadkowie nie rozmawiali ze mną, ani nawet między sobą po podlasku.
U nich to zanikło w trakcie życia, bo wyjechali z Podlasia. Później wrócili, ale tradycyjny polski już wkradł się na stałe. Więc ja język podlaski poznałam i najbardziej się w niego zagłębiłam kiedy byłam w zespole Żemerwa, w Studiu Folkloru Podlaskich Białorusinów.
Tam od takiej małej dziewczynki nauczyłam się śpiewać białym głosem i weszłam w świat języka podlaskiego, bo tam wszyscy tak rozmawiali. Jestem więc przykładem tego, że można się go nauczyć, mimo że nie ma wielu materiałów takich stricte do nauki. Ważne jest też to, że język podlaski jest nadal żywy i młode pokolenie jeszcze go używa.
Czyli ten język przyszedł do ciebie z muzyką i razem z nią zostaje?
Dokładnie tak – na zawsze połączony. Nie czuję się zbyt swobodnie rozmawiając po podlasku, ale właśnie muzyka jest tym obszarem, gdzie ten język jest nierozerwalny.
A wyobrażasz sobie w pewnym momencie stwierdzić, że od teraz będziesz śpiewać po polsku?
Czasem robię polskie wstawki – ale są to pojedyncze wersy. Raz wypuściliśmy numer po polsku – Kalkuta Nocą – cover piosenki zespołu 2 plus 1.
Było to dla mnie duże wyzwanie, bo okazało się, że język polski to bardzo trudny język dykcyjnie. I trudno mi było wyraźnie wszystko zaśpiewać. Był to fajny eksperyment, ale nie uważam, jest to ścieżka dla mnie. Niczego nie wykluczam oczywiście, ale na razie bardzo dobrze czuję się tutaj, gdzie jestem.
Jak powstało Podlasie Bounce? Czy od początku mieliście ze Swadą taki plan, czy powstało to z ewolucji Waszych charakterów i pomysłów?
Zdecydowanie z ewolucji. Bardzo ciężko jest cokolwiek planować, jeśli chodzi o muzykę. Nie było tak, że usiedliśmy i zaplanowaliśmy, jak to wszystko ma wyglądać – który numer będzie viralem, a który będzie trochę gorszy.
Spotkaliśmy się przez wspólną znajomą, zaczęliśmy razem tworzyć i okazało się, że idzie nam to całkiem dobrze. Nie było w tym projekcie żadnych założeń – to jest dość kluczowe. Nie było tak, że Swada powiedział: śpiewaj po podlasku, czy śpiewaj tak, albo właśnie śpiewaj po polsku. Ja też nie ingerowałam w muzyczny aspekt.
Każdy ma inny background, ale zaczęliśmy tworzyć razem i na tyle się nam spodobało, że po prostu to pociągnęliśmy. Oczywiście na samym początku nie było założenia, że będziemy robić album i całą karierę muzyczną, było to raczej tak for fun.
Dopiero potem, jak już zaczęliśmy jeździć na festiwale, to przy wypełnianiu formularzy trzeba było wypisać gatunek – i tu mieliśmy problem – bo nie wiedzieliśmy, jaki to gatunek. Dlatego musieliśmy coś wymyślić i powstało Podlasie Bounce. Mieszamy różne gatunki i dodatkowo tworzymy muzykę taneczną, więc ta nazwa to jest core tego wszystkiego – idealne wytłumaczenie, ale też społeczność. Ja to widzę w postaci takiego zespołu ludzi, którzy sympatyzują z naszą muzyką – czują lokalność i właśnie taneczność.
Czyli można powiedzieć, że Ciebie i Swadę połączyło Podlasie?
W sumie tak. Generalnie Swada ma zupełnie inny background niż ja; on siedział w muzyce elektronicznej ze wszystkich stron świata. A w pewnym momencie swojego życia zaczął interesować się też muzyką lokalną. Właśnie dlatego się spotkaliśmy, bo szukał osoby, która już w tym działała. Więc połączyło nas Podlasie i chęć eksploracji naszych lokalnych brzmień.
Co daję ci największą radość przy tworzeniu muzyki?
Są dwa momenty, które najbardziej kocham. Chwila ekscytacji w studiu, kiedy pracujemy nad muzyką i nagle coś klika, zaskakuje, kiedy wiemy, że to jest to. Wtedy automatycznie wstajemy i zaczynamy tańczyć, czujemy, że właśnie coś złapaliśmy i to jest 100 % szczęścia w danym momencie. Potem, wiadomo, jest dopieszczanie numeru, ale to już inna sprawa.
A drugi moment jest na scenie. Dzieje się to wtedy, gdy czuję się już tak swobodnie, że zaczynam się niekontrolowanie ruszać. Oczywiście często są konkretne choreografie i układy itp. Jednak, kiedy czuję się na tyle dobrze i widzę ludzi, którzy są razem ze mną i też tańczą, często cali spoceni – ten moment lubię najbardziej. Wtedy też często już moja kondycja mi na to nie pozwala, a ja bym chciała dalej tańczyć.
Nigdy nie sądziłam, że w taki sposób będę to odczuwać. Wiadomo, że zawsze jest jakiś stres przed wejściem na scenę, ale ostatecznie chęć doświadczania tego wygrywa nad wszystkim.
Minęły dwa lata od nagrania waszego pierwszego teledysku – Twojego pierwszego wystąpienia przed kamerą. Co się zmieniło od tamtego czasu? Czy szybko przyszło Ci przełamanie się przed kamerą?
Początki były ciężkie. Ale potem poszło całkiem sprawnie, to też na pewno zasługa tego, że pracujemy cały czas z jednym reżyserem – Karolem Mochem. Jest on naprawdę cudownym artystą i wspiera nas na każdej możliwej płaszczyźnie od samego początku. Łatwość występowania przed kamerą to zasługa całego naszego teamu, bo czujemy się bardzo swobodnie przy sobie. A na początku nigdy nie wiesz, jak to będzie.
Widzę duży progres, przez to, że cały czas z tym obcuję. Tak samo na scenie jestem coraz bardziej swobodna, a przez to, że jestem rozluźniona to czuję, że mogę więcej dać ludziom od siebie.
Co czujesz, kiedy myślisz o tym, że większość ludzi nie rozumie Waszych tekstów? Czy masz wrażenie, że jest to blokada przed poszerzeniem Waszego grona słuchaczy?
Na początku jak zaczęliśmy robić ten projekt to myśleliśmy, że będzie to bardzo niszowe, że pojeździmy po Białymstoku, Hajnówce i lokalnych miejscowościach i tyle.
Nawet nie śniliśmy, że to pójdzie dalej i pojawi się problem, że ktoś tego nie rozumie. Ale trochę pojeździliśmy po koncertach przez ostatnie dwa lata i okazało się, że to się super przyjmuje też poza Podlasiem. Ludzie ostatecznie nie potrzebują aż tak rozumieć tekstu, gdy jest przekazywana silna emocja.
Czasami przychodzą też po koncertach i opowiadają swoje historie, o tym jak słuchają naszej muzyki. Są to czasami ciężkie przeżycia: operacje i inne kryzysy. Nigdy bym nie pomyślała, że nasza muzyka po Podlasku może tak ludziom pomóc – nawet jeżeli nie rozumieją słów.
Tekst jest oczywiście ważny, ale chodzi też o samą melodykę języka – o to, jak on brzmi. Są inne aspekty które wpływają na odbiór samej muzyki. Na koncertach też tłumaczymy, mówimy, rozmawiamy, o tym co dla nas jest najważniejsze w muzyce i w przekazie konkretnych piosenek.
Wydaje mi się, że jak ktoś chce sprawdzić tekst to jest oczywiście możliwość, ale tu chodzi o coś trochę innego.
Czyli nie czujecie wewnętrznego obowiązku dzielenia się oficjalnymi tłumaczeniami tekstów?
Ja zdecydowanie nie czuję takiej potrzeby, jednak często dostajemy o to prośby. Ale chyba z szacunku dla słuchacza powinniśmy to zrobić?
Jeżeli już to na pewno chcielibyśmy, żeby te tłumaczenia były ładne, liryczne, a nie słowo w słowo. Tłumaczenia często nie oddają istoty rzeczy. Bo teoretycznie możemy tłumaczyć, ale czy to wtedy nie straci na magii? Jest to temat, który zdecydowanie trzeba przemyśleć.
Na pewno staramy się teraz częściej opowiadać o naszych kawałkach. Mówimy o czym są, o tym, co dla nas znaczą i skąd czerpaliśmy inspiracje. I to jest chyba lepsze, bo poszerza kontekst, a nie zawęża, jak tłumaczenie.
To w takim razie o czym jest Wasza najnowsza piosenka Synchronija?
Synchronija to jest numer, który wyszedł z konkretnej potrzeby. Ostatnio Swada czytał taką książkę i sprzedawał mi dużo różnych patentów o tańcu. Głównie o tym, jak taniec ewoluował od prehistorycznych czasów. Opowiedział mi, że na skałach często są narysowani ludzie, którzy tańczą, ale nigdzie nie ma rysunków, gdzie ze sobą rozmawiają.
Zawsze jest podkreślony taniec, i ten numer jest właśnie o tym – o synchronie, synchronizacji w tańcu. O tym, że czasem są sprawy trudne do wytłumaczenia i właśnie taniec jest językiem, w którym możemy je przekazać. Czasem ciężej jest coś powiedzieć, a właśnie prościej wytańczyć.
Ten kawałek nawiązuje też do szeptów i gestów. Chodzi o to, że dany gest, który wykonujesz, powtarzając go cały czas – oczyszcza cię. Jeżeli chodzi o muzykę, to ten numer jest utrzymany w takim transowym rytmie. Jest użyty kobyz (antyczny instrument strunowy) – by brzmiało bardziej tatarsko. Żeby po prostu się w tym zanurzyć i poczuć ten puls.
Czy właśnie takiej bardziej tanecznej atmosfery możemy spodziewać się na kolejnej płycie?
Właściwie to tak. Chcemy żeby następna płyta – która planowo ma wyjść jesienią – nazywała się lub skupiała na rytuale tańca. Aktualnie zgłębiamy emocję płaczu przez taniec. Jest to dla mnie bardzo niesamowite, że można czegoś takiego doświadczyć. Że z jednej strony czujesz, że dany numer jest bardzo nostalgiczny, chwyta za serce tak, że aż zbiera się na płacz. A z drugiej strony jest taneczny. Połączenie tych dwóch skrajnych emocji to właśnie dla mnie piękno, które będziemy chcieli dalej zgłębiać.
Która z waszych piosenek jest Ci szczególnie bliska, ze względu na przekaz albo właśnie interpretację?
Dla mnie bardzo ważnym numerem jest Vysoko Letaju. Jest to numer o cięższych emocjach związanych z negatywnymi uczuciami do jakiejś osoby. Ja pisałam niestety z myślą o swoim ojcu. Jest to właśnie taki wyrzut emocji, który pozwolił mi się pogodzić z tą konkretną sytuacją.
Jednak początkowe numery – te z pierwszej płyty – są bardzo osadzone na tekstach tradycyjnych. Np. Na Biesiedi to jest wariacja na temat ludowych utworów. Dopiero z czasem bardziej się odważyłam i zaczęłam pisać własne teksty. Więc te późniejsze kawałki zdecydowanie bardziej nawiązują do osobistych historii.
Czy spotykacie się z hejtem tak na co dzień? Jak to wyglądało w czasie trwania Eurowizji?
Właśnie chyba teraz tak bezpośrednio się nie spotykamy. Na pewno nie na żywo. Przy Eurowizji było dużo komentarzy, ludzie nawet pisali do nas prywatne wiadomości. Jednak jeżeli już się to zdarzało, to były to naprawdę niestworzone rzeczy – takie bardzo hardcorowe hejty. Na szczęście mnie to jakoś bardzo nie dotknęło, bo to były naprawdę abstrakcyjne rzeczy.
U nas na Eurowizji muzyka chyba grała drugoplanową rolę. Język podlaski okazał się bardzo ważnym aspektem, też w kontekście tego, że mieliśmy reprezentować Polskę. Myślę, że właśnie przez to było dużo kontrowersji. A właściwie to kontrowersja pozwoliła się nam wybić, więc jest to pewien paradoks – hejt, wbrew pozorom, ostatecznie nam pomagał.
Eurowizja była ciekawym doświadczeniem. Udało nam się „zjednoczyć” dużo środowisk, np. na Podlasiu – Białorusini i Ukraińcy. Super było zobaczyć, że razem mają jakąś wspólną misję. Tak samo mieliśmy głosy z lewej i z prawej strony. Co też było dla mnie niesamowite.
Patrząc z perspektywy czasu, to Eurowizja na pewno popchnęła nas w stronę czegoś jeszcze. Pokazania, że nie tylko jest język śląski czy kaszubski, ale właśnie jest coś jeszcze. Dzięki temu np. pan Jan Maksymiuk, który już od wielu lat zajmuje się mową podlaską i pisze książki, jest oblegany wybuchem wywiadów i generalnie zainteresowaniem tym językiem. Jest to super, że my możemy swoją muzyką przekierowywać ten strumień na ludzi, którzy znają się na mowie podlaskiej. Ale też nie zamierzamy robić z tego jakiejś misji. Dla nas ważna jest muzyka, a robimy to właśnie w taki sposób – bo tak to czujemy. Cieszymy się po prostu, że możemy przekazywać dalej historię.
Co jest kluczem do stworzenia czegoś innego/nowego w tych czasach, kiedy wszystko już było?
Widzę w tym pewnego rodzaju wyzwanie dla artystów. Ostatnio słuchaliśmy undergroundowego rapu polskiego – robiliśmy research tego, co się dzieje w tym środowisku. Doszliśmy do wniosku, że bardzo dużo jest wpływu Zachodu na tę muzykę. Więc stworzenie czegoś innego na pewno jest wyzwaniem, ale myślę, że da się. Kluczem jest to, żeby szukać na styku różnych połączeń, bo my też nie wzięliśmy naszej muzyki z niczego. Po prostu braliśmy to, co już jest, ale tu najważniejszą kwestią są właśnie te ciekawe połączenia.
A czego możemy się jeszcze spodziewać od Was w tym roku?
Przede wszystkim naszego koncertu w Starym Maneżu 28 marca. To jest najbliższy duży event. Zagramy premierowe kawałki, m.in. Synchronija, ale też takie, których jeszcze nie ma. Będzie to bardzo ekscytujący moment. Mamy też nowe stroje, zrobione przez Olię z Projekt Etika. Całe show będzie poprowadzone w trochę inny sposób niż dotychczas, nie będzie to taki sam koncert jak w zeszłym roku. Cały czas jeszcze pracujemy nad wszystkimi szczegółami. Ale na pewno będzie bardzo taneczna atmosfera.
Co do innych projektów, to mamy już zabookowanych sporo koncertów na ten rok. Na pewno pojawimy się na OFF Festival, co jest dla nas dużym wyróżnieniem. Wszystkie daty i szczegóły będą pojawiać się na naszych social mediach.
No i na jesień planujemy płytę. Będzie to ważny sprawdzian. Bo drugi album właściwie zawsze jest taką weryfikacją, więc jest trochę presji. Jednak nadal jesteśmy głodni robienia muzy, więc mam nadzieję, że wszystko pójdzie po naszej myśli.
