05/04/2026

CDN

TWOJA GAZETA STUDENCKA

Z YouTube’a na wielki ekran – recenzja filmu ,,Iron Lung”

4 min przeczytania
Opiniowtorek: recencja filmu Iron Lung

Autor grafiki: Eden Król/plakat: materiał wykorzystany w ramach prawa cytatu

Minimalizm wciąż potrafi zachwycać, a Iron Lung jest tego najlepszym dowodem. Mark Fischbach, szerzej znany jako Markiplier, to twórca z ponad 40-milionową widownią – postać doskonale rozpoznawalna przez Pokolenie Z, które dorastało przy jego filmach na YouTube. Tym razem przeniósł swoją działalność na wielki ekran, serwując widzom horror science-fiction.

Iron Lung oparty jest na grze wideo Davida Szymanskiego z 2022 r. Koncepcja jest prosta: samotny człowiek porusza się małą łodzią podwodną, wykonując zdjęcia rentgenowskie na oznaczonych na mapie współrzędnych. To, co dzieje się poza łodzią – tajemnicza organizacja, która wrzuciła go w to niebezpieczne środowisko oraz przerażające stworzenia w oceanie krwi – tworzy tło fabularne, które uczyniło grę tak kultową i przyciągnęło oddanych fanów. Warto zaznaczyć, że film jest projektem w pełni autorskim: został napisany, wyreżyserowany, zmontowany i sfinansowany przez YouTubera.

Światowa premiera filmu odbyła się 30 stycznia 2026 r.

Misja bez powrotu

W Iron Lung przedstawione jest tajemnicze zjawisko, które bohaterowie nazywają “Quiet Rapture”, w wyniku którego znikają wszystkie planety i gwiazdy. Przy życiu pozostają jedynie ludzie przebywający na stacjach kosmicznych. Powstaje federacja, która wysyła skazańców na samobójcze misje badawcze; zamknięci w klaustrofobicznych łodziach podwodnych, eksplorują oceany krwi na obcych księżycach. Simon, bohater grany przez Markipliera, jest jednym z takich więźniów. Skazany za zbrodnię, w wyniku której zginęły 62 osoby, próbuje odzyskać wolność. Dryfując w całkowitej izolacji, zdany jest jedynie na sonar oraz wątpliwej jakości mapę.

W pojedynkę na ekranie

Mark Fischbach w zasadzie stanowi główną obsadę tego filmu. Inni aktorzy, również aktorzy głosowi (m.in. Troy Baker), pojawiają się w bardzo krótkich scenach. Jednak to Markiplier wykonuje praktycznie całą ciężką pracę.

Jego rola opierała się głównie na dwóch stanach emocjonalnych: stłumionej, cichej osobowości albo krzyczeniu na całe gardło. To nie jest szczególnie złożony typ postaci, ale biorąc pod uwagę brak profesjonalnego aktorskiego doświadczenia i ogrom odpowiedzialności, który spoczął na jego barkach, to wypadł całkiem dobrze.

Kino na własnych zasadach

Jednak największą siłą Iron Lung jest fakt, że jest to projekt stworzony z prawdziwej pasji. Markiplier nie chodził po wielkich wytwórniach, nie szukał genialnego reżysera ani hollywoodzkich gwiazd, które mogłyby odegrać role. Jego miłość do gry wideo była tak silna, że postanowił sam wyreżyserować pełnometrażowy film, sfinansować go z własnych środków, samemu zagrać główną rolę i jeszcze samodzielnie go zmontować. Efekt? Film, który może i nie jest perfekcyjny, ale za to ma wyraźny wkład autora, którego nie sposób nie docenić.

Nawet jego skromny marketing nie przeszkodził w przyciągnięciu widzów. Sale wypełniały się ludźmi od początku do końca okresu projekcji kinowych. To tylko udowadnia, że pasja wciąż potrafi się wybić, nawet bez wsparcia ogromnych budżetów.

Kiedy adaptacja jest zbyt wierna

Pod względem odwzorowania gry, trzeba przyznać, że Iron Lung robi naprawdę duże wrażenie. Scenografia doskonale oddaje klaustrofobiczną przestrzeń łodzi podwodnej. Kolorystyka i dźwięki są idealnie dopasowane do tych z gry. Nawet sam układ statku i sposób budowania scen czy ustawiania aktorów przedstawia dokładnie ten sam rodzaj doświadczenia z perspektywy pierwszej osoby, jaki mamy podczas grania.

W tle akcji pojawiają się również charakterystyczne elementy zagrożeń otoczenia: przeciekająca przez rury krew, buchająca para, drobne pożary i inne usterki. Wszystko to buduje klimat. Problem polega na tym, że ta wierność momentami jest niczym strzał w kolano. Film rządzi się innymi prawami niż gra, a powtarzalność mechanik, która podczas rozgrywki buduje napięcie, tutaj potrafi być ekstremalnie nużąca. A seans trwał prawie dwie godziny

Narracja w pętli 

Iron Lung to ciekawy przypadek adaptacji, w której największa zaleta okazuje się zarazem główną słabością. Wierność oryginałowi doprowadziła do ogromnego braku różnorodności postaci, dialogów, czy lokacji. Przez to narracja wpada w loop i zaczyna się nieznośnie dłużyć. Film ogląda się z rosnącą świadomością upływającego czasu, co mimowolnie zmusza nas do spoglądania na zegarek.

Podsumowanie

Iron Lung nie jest filmem dla każdego… I, całe szczęście, nie próbuje takim być. To eksperyment, osobisty projekt i jednocześnie coś na podobieństwo listu miłosnego do gry, która zainspirowała Marka Fischbacha. Dla fanów oryginału i samego YouTubera będzie to niezapomniane doświadczenie. Dla reszty widzów (czy takich z przypadku, czy takich, których zaciekawił opis) ta monotonność może okazać się testem ich cierpliwości. Ale nawet jeśli film nie jest tzw. “kinem absolutnym”, trudno odmówić mu jednego: autentyczności.

W czasach, gdy wiele produkcji powstaje na siłę i bez duszy, Iron Lung przypomina, że czasem wystarczy jedna osoba, pomysł i zapał, by stworzyć coś, co ma ręce i nogi. I być może właśnie o to tutaj chodzi – nie o perfekcję, ale o odwagę, aby przedstawić światu własną wizję.