Szczęście ponad piłką
8 min przeczytania
fot.: Nyku.foto
autorka: Zofia Kosicka
Zaczęło się klasycznie: zobaczył, jak tata ogląda mecz w telewizji. Zielona trawa, boisko i myśl, że też chce spróbować.
Zostać piłkarzem
Pierwszy klub, Sygnał Lublin. Siedmioletni Tomek Lenart już po pierwszym treningu ze starszymi chłopakami usłyszał od trenera Żyszkiewicza, że koniecznie musi zostać w tej drużynie, bo widzi w nim bardzo duży potencjał. Pomimo niewielkich możliwości, trenerzy z Sygnału robili wiele dobrego dla młodych sportowców. Jak na tamte czasy byli świetnymi psychologami, potrafili stworzyć zgraną drużynę i dawali przestrzeń do rozwoju. – Trenerzy Mariusz Żyszkiewicz i Wojciech Dąbała mieli duży wpływ na moje postępy, bo przede wszystkim we mnie wierzyli – mówi Tomek. To właśnie wtedy zaczęło w nim kiełkować marzenie o profesjonalnej karierze piłkarskiej.
Skok w marzenia

Wszystko poświęcił piłce. W wieku 15 lat wyjechał z Lublina na drugi koniec Polski, by grać w gdańskim klubie Debiutant Gdańsk. – Pamiętam łzy mojej mamy, moje łzy, gdy tata odwoził mnie na dworzec. To było dla mnie duże przeżycie, od tamtej pory ze wszystkim musiałem radzić sobie sam. Wiadomo, jak jest w internacie, a w internacie sportowym to już w ogóle… Na jednym piętrze hokeiści, piłkarze ręczni, nożni, pływacy to mieszanka wybuchowa. Tam się działy dantejskie sceny – dodaje Lenart.
W Gdańskiej Szkole Mistrzostwa Sportowego zebrano jednych z najlepszych młodych piłkarzy. Wielu kadrowiczów Polski, dobrze rokujących, zdolnych chłopaków wywalczyło wicemistrzostwo Polski w rozgrywkach międzywojewódzkich. Jeździli na testy do drużyn niemieckich, francuskich. W końcu pojawił się jednak temat pieniędzy, a z nim menadżer, który zaczął decydować o ich losie. – Wtedy wszystko wywróciło się do góry nogami. Nikogo nie wytransferował, wymagał nieosiągalnych pieniędzy. Ostatecznie nikt nie zrobił wielkiej kariery, a byli tacy, którzy spokojnie mogli grać dużo wyżej. Przyczyniły się do tego też kiepskie warunki. Nasz rozwój został tam mocno zatrzymany z różnych względów pozasportowych, tylko dlatego, że nie było warunków. Wizja trenera, Jerzego Brzyskiego, na naszą drużynę była idealna, ale zabrakło narzędzi do jej realizacji. O tym, co teraz mają młodzi, my mogliśmy tylko pomarzyć. Często nie mieliśmy boiska treningowego, więc trener puszczał nas z Brzeżna do Sopotu i biegaliśmy w tę i z powrotem po plaży – podsumowuje Tomek.
Radość

Po trzech latach w Gdańsku wrócił do Lublina i wtedy zaczęła się prawdziwa, seniorska piłka. Co prawda w biednym Motorze, bez regularnych wypłat, ale mimo wszystko w pierwszej lidze. – Pamiętam mecz w Katowicach z GKS-em. Ta drużyna była wtedy bardzo mocna, z dużymi pieniędzmi, doświadczonymi zawodnikami. Nas wszyscy wtedy lekceważyli. A w tym meczu totalnie ich zdominowaliśmy. W drodze powrotnej była oczywiście biesiada w autokarze, przez ponad połowę drogi śpiewaliśmy Tą samą chwilę Bajmu. Kierowca już się denerwował, a my w kółko to śpiewaliśmy, dopóki nie zasnęliśmy – wspomina Lenart.
Pomimo finansowych problemów w Motorze, to właśnie tam ukształtowała się drużyna na dobre i na złe, i tam spędził najwięcej lat swojej kariery. Kończyli trening o 16:00 i szli razem drużynowo na obiad. Byli mocno zżyci, a to dawało efekty na boisku. Później wspólne wesela – jednego roku mieli ich aż 10. Przychodzili w tych samych garniturach, śmiejąc się, że plamy na nich są z poprzednich imprez. Niestety, klub cały czas zalegał z wypłatami dla zawodników, więc ci, którzy dostali lepsze oferty, poodchodzili. Na ich miejsce przyszli inni, ale atmosfera pozostała taka sama. Nawet jeśli przegrywali mecz za meczem, to byli razem cały czas. Co innego trenerzy, oni często pomijali Tomka, przez co hamowali jego rozwój.
– Największym problemem trenerów w piłce seniorskiej i juniorskiej jest to, że mają oni przerośnięte ego, nie wyobrażają sobie, żeby ktoś w drużynie był ważniejszy od nich. To jest wielki błąd. Patrząc na kluby zachodnie, tam zawodnik jest najważniejszy. Trener to osoba, która ma temu zawodnikowi pomóc. Dobrym przykładem jest ostatnia zmiana trenera w piłkarskiej reprezentacji. Tragicznie grająca kadra po paru dniach zgrupowania z trenerem Urbanem wychodzi i gra całkowicie inaczej. Widać, że to podejście mentalne jest naprawdę bardzo istotne. To jest największy problem polskich trenerów, że chcą być na pierwszym miejscu, chcą być ważniejsi niż zawodnicy, a niestety tak to nie działa – zaznacza Tomek.
Zwątpienie

Momentów zwątpienia w środowisko piłkarskie miał mnóstwo. – W czasie treningów byłem w pierwszej jedenastce do grania, a potem patrzyłem na listę zawodników, którzy jadą na mecz i mnie na niej nie było. To były momenty, kiedy naprawdę odechciewało się wszystkiego. Najgorsze jest to, że nie zawsze talent i ciężka praca są na pierwszym planie u młodych, tylko znajomości. Dodatkowo obecna liczba obcokrajowców, jaka gra w polskiej lidze piłkarskiej, jest zbyt duża. My chcemy, żeby polska piłka nożna się rozwijała, a w zespołach ekstraklasowych jest 5 Polaków na 20–22 obcokrajowców. Ja nie mówię, żeby w ogóle ich nie było, ale powinni grać dwa razy lepiej od naszych zawodników. Potem nie ma miejsca w składzie dla naszych młodych graczy. Szkolimy, a potem nie dajemy szansy – dodaje Tomek.
Tomek grał też między innymi w Chojniczance. – Analizowaliśmy mecz, na wideo było widać, że dwóch zawodników popełniło błąd i trener mówi do jednego Paweł, ufasz Marcinowi? Paweł mówi, że ufa. Więc trener kontynuuje: To połóż rękę na stole i rozchyl palce, a ty Marcin weź nóż, podał chłopakowi nóż, i wbij go z całej siły między jego palce. Marcin zrobił to, co kazał trener, Paweł nie zabrał ręki. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Miałem też trenera, który wchodził do szatni i bezpodstawnie wyzywał wszystkich po kolei. Padały tam np. określenia, że jesteśmy kurwiarzami, że puszczamy się z innymi kobietami, a większość z nas miała już wtedy partnerki, żony. Później brał zawodnika na osobności na rozmowę i tłumaczył się, że musiałem zwyzywać też ciebie, żeby nie było, że tylko na jednego się wydzieram, potem brał kolejnego, i tak wszystkich – mówi Lenart.
Koniec, czyli nowy początek
Gdy dostał od Chojniczanki propozycję na kolejne 3 lata gry, był świeżo po ślubie z Gosią. Nie chciał żyć w związku na odległość, więc postanowił, że wraca do Lublina. Niestety, trafił do trzecioligowego zespołu Avii Świdnik.
– Ciężko trenowałem i chciałem grać na profesjonalnym poziomie o najwyższe cele, a tu nagle jadę do Jasła, gram przy 100 osobach, które mnie wyzywają od najgorszych. To się mijało z moim celem. Na początku myślałem, że to będzie tylko przerwa. Wszyscy mówili, żebym jeszcze nie kończył. Ja miałem 27 lat, to jeszcze taki wiek, że można było się gdzieś zahaczyć. Ale pojawiła się wtedy propozycja pracy trenera personalnego. Ola Maciejczyk, menadżerka siłowni, na której trenowałem, wypatrzyła mnie. Powiedziała mojej żonie, Gosi, która też tam wtedy pracowała, że świetnie trenuję i powinienem dzielić się tą wiedzą z innymi. Miałem oczywiście papiery trenerskie, zrobiłem je między grą w piłkę. Były one dla mnie zabezpieczeniem. Zacząłem pracę na siłowni, coraz częściej pojawiały się propozycje, żebym został trenerem motorycznym w klubach i stwierdziłem, że granie już nie ma sensu. Pewnego razu obudziłem się i powiedziałem: Dobra, czas skończyć, i tyle. Ani przez chwilę nie żałowałem mojej decyzji, nie miałem momentu, że mi tego brakowało. Potrafię wyłączyć kwestię braku czegoś, i tak zrobiłem. Najtrudniej było powiedzieć rodzicom. Oni zawsze mocno mnie wspierali. Mój tata, brat i wujek byli na każdym meczu. Pamiętam, jak zadzwoniłem do ojca, żeby mu to powiedzieć, a on się mnie zapytał: To gdzie będziemy jeździć w weekendy?
Obecnie

Jego życie dalej jest związane z piłką. Kibicuje Motorowi Lublin i FC Barcelonie, trenuje indywidualnie młodych piłkarzy i działa przy lokalnych szkółkach. Dla relaksu lubi włączyć sobie mecz w telewizji, żeby leciał w tle.
Kariera sportowa ukształtowała go. – Przede wszystkim przynależność do grupy; gdybym nie grał, na pewno zrobiłbym dużo więcej głupot w życiu niż zrobiłem. Punktualność: spóźniłeś się, nie grasz. Dyscyplina, codzienne treningi, a w weekendy mecze, trzeba było być zorganizowanym – podsumowuje Lenart.
Jego obecna praca, ale przede wszystkim pasja to prowadzenie treningów na siłowni. – Mam wspaniałych podopiecznych, jestem z nimi zżyty, wielu z nich trenuje ze mną 6, 10, 12 lat. To jest bardzo budujące. Jeśli ktoś tyle lat ci ufa i przychodzi do ciebie, to znaczy, że nie jesteś takim najgorszym człowiekiem – śmieje się Tomek.
Odskocznią od sportu jest dla niego rapowanie. Hobbystycznie pisze piosenki i tworzy do nich klipy. Inspiracje czerpie od takich zespołów jak Guns N’ Roses, JWP czy Molesta Ewenement. Dodatkowo stworzył swój autorski projekt Forma na Tatusia. Organizując grupowe treningi, zebrał pieniądze m.in. dla chorych maluchów, hospicjum czy na rozwój młodych sportowców. Dalej chce pomagać, przy okazji zarażając innych pozytywną energią i pasją do aktywności fizycznej.
Teraz najważniejsza jest dla niego rodzina, jego dzieci. – Ja mam swoją kopię w postaci Jasia, Gosia ma swoją w postaci Oliwii. Widać to na każdym kroku: Jasiek jest wybuchowy, jest cholerykiem, identycznie jak ja, dodatkowo ma kreatywną duszę. Oliwia jest za to spokojniejsza, delikatna, lubi obejrzeć balet. Miłość do dzieci jest nie do opisania. Wiesz, że masz kogoś, kto jest po prostu cząstką ciebie, i wtedy już tracisz głowę – mówi Tomek.
Tomasz Lenart, ur. 1986 r. Były zawodnik Sygnału Lublin, Debiutanta Gdańsk, Motoru Lublin, Kotwicy Kołobrzeg, Chojniczanki Chojnice i Avii Świdnik. Obecnie trener motoryczny i spełniony ojciec Jasia i Oliwii.
