25/01/2026

CDN

TWOJA GAZETA STUDENCKA

Prezydenckie przepychanki

10 min przeczytania
polityka wybory

autor: wavebreakmedia_micro/źródło: Unsplash

autor: Zofia Kosicka

Obecna współpraca rządu z prezydentem pozostawia wiele do życzenia. Karol Nawrocki bije rekordy w wetowaniu ustaw. Na jak wiele może pozwolić sobie głowa państwa? Na ten temat z Krzysztofem Sokołowskim – adwokatem, członkiem Okręgowej Rady Adwokackiej w Lublinie i Zarządu Stowarzyszenia Ochrony Praworządności – rozmawia Zofia Kosicka.

Zofia Kosicka: Andrzej Duda przez całą swoją 10-letnią kadencję zawetował 19 ustaw, prezydent Nawrocki przez 4 miesiące zawetował 17. Czy to nie jest nadużywanie prawa, jakie ma prezydent?

Krzysztof Sokołowski: Jedną z konstytucyjnych funkcji kontrolnych prezydenta jest prawo do złożenia weta. Ma służyć temu, aby eliminować błędy, które nie zostały wychwycone w procesie legislacyjnym.

Natomiast w sytuacji, w której prezydent mówi, że będzie wetował wszystko, czyli sytuuje się jako hamulcowy działań rządu, oczywiście istnieje takie ryzyko, że nadużywa tego uprawnienia. Z tego nie możemy wyprowadzić żadnych skutków prawnych, jednak możemy oceniać to z punktu widzenia politycznego i społecznego.

ZK: „Przez najbliższe 5 lat żaden sędzia, który kwestionuje konstytucyjne uprawnienia prezydenta, polską Konstytucję i polski system prawny, nie może liczyć na nominację” – takie słowa wypowiedział prezydent Nawrocki w listopadzie 2025 r. na konferencji, gdy odmówił nominacji 46 sędziów. Czy art. 179 Konstytucji wykorzystywany w ten sposób nie wpływa na niezależność i niezawisłość sędziów?

KS: To jest niezwykle niebezpieczna i groźna wypowiedź. Brzmi mniej więcej w ten sposób: jeśli nie będziesz orzekał tak, jak ja bym tego sobie życzył, nie dostaniesz awansu. To oznacza, że prezydent narusza zasadę niezawisłości sędziów, która jest instytucjonalną gwarancją, dla nas obywateli, że o wyniku naszej sprawy zadecydują wyłącznie względy prawne. To jest ewidentna próba wywierania presji na sędziów, żeby nie ważyli się orzekać w sposób, który prezydent mógłby uznać za niesprzyjający jemu, albo jego środowisku politycznemu. Niestety mam wrażenie, że to oświadczenie ma związek z toczącymi się postępowaniami karnymi wobec środowiska, które wsparło prezydenta Nawrockiego. Czyli środowiska Prawa i Sprawiedliwości oraz Solidarnej Polski, gdzie toczą się postępowania czysto kryminalne, dotyczące nadużyć władzy i przestępstw działania na szkodę Skarbu Państwa.

To jest także dotkliwe dla samych sędziów. Wyobraźmy sobie sytuację, w której osoba zdobyła określone uprawnienia, studiowała, odbyła aplikację, praktykowała jako sędzia niższej instancji, starała się o awans do sądu wyższej instancji. Występuje w tzw. procesie nominacyjnym, w którym Krajowa Rada Sądownictwa ocenia jej orzecznictwo. Ocenia, czy i jakie ewentualnie popełniał błędy i czy w związku z tym powinna orzekać w sądzie wyższej instancji, czy jednak jeszcze nadal zdobywać doświadczenie. Po tylu latach pracy, prezydent zbiorowo odrzuca nominacje jednym aktem. Wydaje się to nieakceptowalne w takim państwie, w którym każdy obywatel powinien mieć możliwość realizowania swojej normalnej ścieżki kariery.

ZK: Prezydent nie podpisał również nominacji oficerskich i profesorskich.

KS: Art. 134 Konstytucji mówi, że wprawdzie prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych, ale wykonuje to zwierzchnictwo za pośrednictwem ministra obrony narodowej. Czyli nie ma samodzielnej kompetencji. Odmowa nominacji oficerskich była motywowana przez Karola Nawrockiego tym, że nie stawili się oni na – jak to w piśmie określono – odprawę, na którą ich wezwał. Prezydent nie ma konstytucyjnego uprawnienia do wzywania na odprawy. Może co najwyżej kooperować z ministrem obrony narodowej i uzyskiwać od niego określone informacje. Nie może wydawać poleceń jego podwładnym czy żądać bezpośrednio od nich, z pominięciem ministra obrony, jakichkolwiek informacji.

Z nominacjami oficerskimi i profesorskimi jest podobna sytuacja, jak z sędziowskimi. Zwróćmy uwagę na czysto ludzki aspekt tych decyzji prezydenta. Ktoś na przykład jest naukowcem, przez wiele lat publikuje, zdobywa doświadczenie, wykłada, jest dydaktykiem, wkłada w to mnóstwo swojej aktywności. Po latach wysiłków przechodzi tryb oceny swojej pracy przez tzw. komisję akredytacyjną. W międzyczasie uzyskuje tytuł doktora, habilitację i stara się, aby przyznano mu tytuł profesorski. Po weryfikacji dorobku naukowego, otrzymuje rekomendację na nominację profesorską. Po czym prezydent arbitralnie, bez podania żadnych przyczyn, a najczęściej z przyczyn braku sympatii politycznych, odmawia podpisania nominacji.

ZK: To brzmi, jakby w Konstytucji było to źle zapisane, bo prezydent w teorii ma takie prawo. Może nikt nie spodziewał się, że głowa państwa będzie aż tak się sprzeciwiała rządowi.

KS: To jest bardzo ciekawe zagadnienie. Przepisy Konstytucji zazwyczaj używają sformułowań „nominuje”, „powołuje”, „udziela”. Nie używają sformułowań „odmawia nominacji”, „odmawia powołania”, „nie udziela”. I są tacy prawnicy, którzy mówią, że to oznacza iż prezydent w ogóle takiej kompetencji do odmowy nie ma, że jest organem jedynie pozytywnie działającym. Po to istnieją instytucje, które poprzedzają ten proces nominacyjny, żeby zbadać kompetencje, dorobek, doświadczenie danej osoby. To, co się dzieje w Pałacu Prezydenckim, jest już tylko uroczystym aktem nadania nominacji, a nie kolejnym etapem weryfikacji kompetencji. Mnie te poglądy przekonują. Mamy w Polsce system parlamentarno-gabinetowy, w którym głównym kreatorem polityki są rząd i parlament. Prezydent w tym systemie nie ma wiodącej roli. Jednocześnie istnieje potrzeba, aby niektóre akty, np. nominacyjne, miały walor nie tylko istotny dla kogoś, kto je uzyskuje, ale i dla nas, obywateli. Najwyższy urzędnik naszego kraju, prezydent, przyznaje tę nominację. To są czynności, które mają nadawać następczym działaniom tych osób, czyli np. sędziom, dowódcom i oficerom, świadomość, że są władzą, że działają w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej.

To nie oznacza, że prezydent ma tylko funkcję dekoracyjną. Prezydent ma kompetencję pośrednią, w ramach której sprawuje kontrolę nad tym, co się dzieje w państwie. Elementami tymi są np. prawo weta, otrzymywania informacji od rządu i zgłaszanie swoich postulatów czy inicjatywy ustawodawczej. Natomiast wydaje się, że z Konstytucji nie wynika, że kompetencją prezydenta jest odmówienie, nieudzielenie nominacji, uniemożliwianie sprawowania władzy przez rząd i parlament.

ZK: Prezydent Nawrocki uważa, że powinien mieć większe uprawnienia, skoro wybierają go ludzie w wyborach powszechnych. Czy zgadza się Pan z jego twierdzeniem, że skoro dostał od społeczeństwa tak mocny mandat, to powinien mieć większe prawa ustawodawcze?

KS: System parlamentarno-gabinetowy, który nasza Konstytucja przewiduje, trochę kłóci się z mandatem prezydenta, jaki wynika z wyborów powszechnych. Prezydent mówiąc, że ponieważ jest wybierany w powszechnych wyborach, powinien mieć większe uprawnienia, postuluje de facto zmianę ustroju z parlamentarno-gabinetowego na prezydencki, co wymagałoby zmiany konstytucji. Nie jestem zwolennikiem takiego rozwiązania, szczególnie w czasach, w których tak silnie zmagamy się z tendencjami autorytarnymi. Zresztą część prawników postuluje, żeby prezydent nie był wybierany w wyborach powszechnych, a przez parlament.

ZK: Czy ludzie nie zbuntowaliby się przeciwko takiemu pomysłowi? To brzmi tak, jakby odbierało im się możliwość wyboru.

KS: Wprost przeciwnie. Aktualny podział władzy jest nieco wewnętrznie sprzeczny, nieskuteczny. System, w którym prezydent, jednoosobowo, może destabilizować pracę organów kolegialnych, takich jak rząd czy parlament, nie jest sprawczy. Skoro obywatele przyznali poszczególnym partiom określone mandaty i w wyniku tego rządzi ten, kto ma większość, to nie powinien istnieć trzeci organ, który blokuje te działania, tak jak w tej chwili robi to Nawrocki. Z punktu widzenia stabilności państwa, lepsza jest sytuacja, w której istnieje władza, która uzyskała większość i sformułowała rząd, natomiast prezydent powołany przez tę samą większość parlamentarną, pełni ważną funkcję reprezentacyjną, uosabia majestat państwa, w jego imieniu przyznając legitymację do działania osobom, które pełnią istotną rolę w państwie, tj. wspomnianym wcześniej sędziom, oficerom czy profesorom, itd.

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że w takiej sytuacji istnieje ryzyko, że władza nie podlega kontroli i może nadużywać swoich kompetencji. Takiego ryzyka nie będzie, jeśli będziemy mieli sprawnie działający Trybunał Konstytucyjny. Trybunał Konstytucyjny jest bowiem powołany do kontroli wszelkich aktów prawnych pod kątem ich zgodności z Konstytucją. I tu dochodzimy do rzeczywistego problemu, bo my dzisiaj nie mamy tego organu kontroli.

ZK: Co to znaczy?

KS: Dzisiejszy Trybunał Konstytucyjny, po pierwsze, składa się z osób wadliwie powołanych, po drugie, z osób niekryjących sympatii politycznych. Z badań wynika, że znacznie zmniejszyła się ilość rozpatrywanych spraw. TK zwleka z rozpoznawaniem spraw obywateli, natomiast bardzo szybko wydaje orzeczenia dotyczące polityków. Trybunał w dzisiejszym układzie nie pełni swojej konstytucyjnej roli, czyli organu, który chroni obywatela przed nadużyciami każdej władzy.

Na całym świecie obserwujemy dzisiaj tendencje autorytarne. Nieograniczona władza jednostki jest zawsze pokusą do jej nadużywania, a to z reguły oznacza ograniczenie praw człowieka. Bezpieczniejszy dla obywatela jest zbalansowany system sprawowania władzy kolegialnie przez rząd i sejm, których aktywność jest z kolei kontrolowana przez bezstronny i rzeczywiście niezależny Trybunał Konstytucyjny.

ZK: Mamy teraz trudną sytuację w polityce. Rząd i prezydent mają całkiem inne poglądy. Jak obecna kohabitacja wpływa na funkcjonowanie państwa?

KS: Twórcy Konstytucji z 1997 r. nie zakładali, że prezydentem może zostać osoba prowadząca totalną wojnę z rządem. Brano pod uwagę, że prezydent incydentalnie może mieć odmienne zdanie, ale nie będzie kwestionował zasadniczych rozwiązań proponowanych przez rząd. Przewidziana w Konstytucji kohabitacja nie zakładała stanu, w którym jakakolwiek inicjatywa rządu spotka się z całkowitym oporem ze strony prezydenta. Konstytucja zakłada współdziałanie władz, a nie paraliż jednej władzy przez drugą.

Myślę, że toczy się u nas teraz pewnego rodzaju próba faktycznej zmiany ustroju. Prowadzony jest bój o to, aby prezydent stał się faktycznie wyłącznym kreatorem polityki wewnętrznej i zewnętrznej. Do czego, moim zdaniem, nie ma konstytucyjnie ukształtowanych upoważnień. To nie jest działanie w interesie wszystkich obywateli, lecz jedynie swojego środowiska politycznego.

 

Krzysztof Sokołowski adwokat, członek Okręgowej Rady Adwokackiej w Lublinie, Zarządu Stowarzyszenia Ochrony Praworządności, Rady Nadzorczej Polskiej Agencji Prasowej w likwidacji, były członek Komisji Praw Człowieka przy Naczelnej Radzie Adwokackiej, zaangażowany w edukację prawniczą, obronę wolnych sądów i praworządności.