21/02/2026

CDN

TWOJA GAZETA STUDENCKA

Do piętnastego stycznia

6 min przeczytania
myśliwy las broń

fot. Pixabay / autor: mtorben

Dla jednych las jest miejscem spacerów, dla innych pracy, a jeszcze innych – polowania. Wokół łowiectwa w Polsce trwa od lat ciągła debata – czy jest potrzebne, czy może to jedynie zabijanie dla sportu. Obok tej dyskusji od lat żyje pewien myśliwy, którego historie, przekonania i dom odsłaniają myślistwo od samego środka.

Pierwsze, co zwraca uwagę po wejściu, to ściana naprzeciw drzwi wejściowych. Trzy wypchane głowy koziołków, jedna obok drugiej. Jednocześnie podobne, a jednak każde inne – poroża inaczej powykręcane, nosy, pyski i szyje w nieco innych kształtach. Po wejściu głębiej, kolejne trofea. Na początku wypchana głowa daniela, wisząca tuż obok sporej wielkości telewizora. W szafie, w pokoju obok, 6 skór lisa, niektóre większe, niektóre mniejsze. Na ścianach na piętrze kolejne, tym razem bardziej na widoku. Skóra łaciatej lochy i kolejnego daniela, rozwieszone na korytarzu, dobrze widoczne. Na strychu, w sporym plastikowym pudełku, czaszki jeszcze nie rozwieszone. Jest ich około pięćdziesięciu. Pan Dariusz zbierał je latami.

Gości, jak zwykle, przyjmuje na starym fotelu. Dokładnie ogolony, z okularami na nosie, w eleganckiej wyprasowanej koszuli w kratę. Właśnie wrócił z pracy – na co dzień pracuje jako prawnik. Ukończył studia z prawa, dziś ma już 53 lata. Ma trójkę dzieci, z czego dwójkę dorosłą. A polować zaczął już dawno, bo ponad 20 lat temu.

Pierwsze spotkanie

Zamiłowanie i zaciekawienie naturą pojawiło się u niego już w dzieciństwie. Sam wspomina jedno z najwcześniejszych swoich wspomnień związanych z lasem.

– To zaczęło się trochę od mojego dziadka. Chodziliśmy razem do lasu zbierać orzechy laskowe, on wiedział, gdzie dziko rosły. I pewnego dnia mówi do mnie: połóż się, Darku. Położyliśmy się, podczołgaliśmy i wtedy zauważyłem je – dziki. Całe stadko. Drapały się grzbietami o drzewa i wchodziły do bagna. Trochę takiego spa. Wtedy pierwszy raz jakoś mnie to zainteresowało, ta natura i dzikie zwierzęta działały na mnie wręcz hipnotyzująco.

Lata później zapisał się do swojego pierwszego koła myśliwskiego. Szczególnie wspomina jedno ze swoich pierwszych polowań. Gdy o nim mówi, bierze powieszone tuż obok wysokiego, drewnianego zegara kły dzika – dość duże, elegancko prezentujące się na ścianie.

– To było niedługo po tym, jak zapisałem się do koła. Miałem takiego znajomego Kazimierza Raczkowskiego, był już wtedy starszym myśliwym. Gadaliśmy raz o właśnie polowaniu i spytałem się, gdzie w okolicy można znaleźć odyńce. Dobrze znał las i wiedział, gdzie szukać dzików. Poszliśmy w okolice takiego pagórka, ja z jednej strony, on z drugiej. No i faktycznie tam był, duży samiec. Poszedł z jego strony i to on go strzelił. Miał w sumie co najmniej 120 kilo. I wtedy poprosiłem go o te kły, na pamiątkę. Zgodził się.

Pytany, czemu w zasadzie poluje, mówi o koleżeństwie. O tym jak razem z innymi myśliwymi mogą razem współpracować, mogą razem wymieniać się doświadczeniami, wspierać się. Zamyśla się. I mówi że może też po to, żeby coś sobie udowodnić. Że potrafi. Bo to wcale nie jest proste.

Pięć metrów

W jego gabinecie, pośród masy książek i dokumentów z pracy, główną uwagę skupia olbrzymia wypchana głowa łosia, długa w sumie na ponad metr, ważąca dobre 10 kilogramów. Na korytarzu jest też druga, wisząca nad schodami. Ciężko ją zauważyć, gdy wchodzi się od dołu po schodach. Obie wielkie, z majestatycznymi pyskami i brązową sierścią. Oba także są pamiątką dla pana Dariusza po jednym z najbardziej przerażających momentów z jego historii polowań.

Było to w Szwecji,  jakieś 10 lat temu. Razem z innymi myśliwymi pojechał tam właśnie po łosie, które w Polsce objęte są całkowitą ochroną. Wspomina tamten dzień, jakby wydarzył się wczoraj.

– Byłem wtedy na takiej dość wąskiej drodze, wokół mnie były drzewa. Strasznie gęsto rosły. Pień obok pnia, między nimi było może jakieś 30 centymetrów. I wtedy zobaczyłem łosie: byk, łosza i cielak, prawdopodobnie rodzina. Gdy samiec wyskoczył na drogę, oddałem strzał. I wtedy on ruszył w moim kierunku, biegnąc wprost na mnie.

Miał wtedy w rękach karabin na 4 naboje. Łoś, na pełnej szybkości, błyskawicznie pokonał jakieś 100 metrów dzielących go od pana Dariusza. Padł po wystrzeleniu ostatniego, czwartego pocisku, zaledwie pięć metrów przed nim.

– Nie czułem wtedy żadnej satysfakcji. Nawet nie ulgi. Byłem w kompletnym szoku. Wystrzeliłem wszystkie naboje, kolejnych na pewno nie zdążyłbym załadować do magazynka. Miał on z 420 kilo. Gdyby do mnie dobiegł, nie miałbym szans. Zabiłby mnie na miejscu na pewno. Teraz jak o tym myślę, to powinienem wtedy uciekać. Między te gęste drzewa. Ale w tej sytuacji jakoś podświadomie włączył mi się mechanizm walki. Ale było to raczej głupie.

Zamyśla się na dłuższy moment, spoglądając na łosia wiszącego nad biurkiem. Na jego oczy, mimo że sztuczne, wyglądające wciąż zupełnie jak żywe.

Punkt sporny

Pokazuje także inne, równie niecodzienne trofea. Najpierw, skórę borsuka przyszytą do zielonej, materiałowej torby. Mówi, śmiejąc się, że inni myśliwi trochę się z niego nabijali, że taką torbę sobie sprawił. Ale jemu podoba się, choć rzadko jej używa.

Drugim okazem jest skóra wilka. Najprawdziwsza skóra wilka szarego, o szarawobiałej sierści. Oprawiona, zadbana i przyszyta do zielonego materiału, aby przeciwdziałać zabrudzeniom. Skóra wilka strzelonego w 1985 roku – ostatniego upolowanego wilka w tym rejonie, zanim wszedł zakaz polowania na nie.

– Oczywiście to nie ja go strzeliłem, nie byłem wtedy jeszcze myśliwym. Strzelił go mój starszy kolega. Potrzebował raz pożyczki ode mnie i dał w zastaw właśnie tę skórę. Niestety nie zdążył zwrócić, ponieważ umarł. I tak skóra została u mnie – skóra ostatniego strzelonego tutaj wilka.

Na pytanie, czy w zasadzie myśliwi są potrzebni, nie waha się. Od razu mówi, że jak najbardziej. To właśnie myśliwi i leśnicy najbardziej dbają o dobrostan lasów.

– Najlepiej na tym znamy się właśnie my, leśnicy i rolnicy. Bez nas zwierzęta rozmnażałyby się w zawrotnym tempie. Taki wzrost oznaczałby ogromne straty, szczególnie dla rolników. Drapieżniki mogą atakować zwierzęta hodowlane. Natomiast zgraja takich dzików jest w stanie w zaledwie jedną noc pożreć dużą część plonów z pól. Prawda jest taka, czy się to komuś podoba czy nie, że ludzie i zwierzęta mogą żyć bez problemu tylko z myśliwymi.

Tłumacząc to, pan Dariusz wskazuje także na duże obostrzenia co do zwierząt kwalifikowanych do odstrzału. Właśnie o tym zawsze myśli, wycelowując ze swojego karabinu w kierunku zwierząt. Bo kary za błędy są spore – strzelać można tylko osobniki chore lub słabe.

– Trzeba bardzo uważać, bo za postrzelenie zbyt zdrowego osobnika nie można z niego wziąć ani trofeum, ani mięsa. Płaci się też wysokie kary. Poza tym można dostać zakaz na polowanie w następnym sezonie.

Już za 4 dni pan Dariusz wyjedzie na kolejne polowanie. Sezon trwa do 15 stycznia – na wszystkie gatunki. Jak sam mówi, teraz samice nie powinny być w ciąży. Tak mówi kalendarz i przepisy. Potem nadejdzie przerwa dla lasów, a broń schowa się w sejfie.